Archive for February, 2007

Są tylko i aż wicemistrzami świata

Monday, February 5th, 2007


Szczęście było bardzo blisko i gdyby biało-czerwoni byli bardziej opanowani, to mogliby sprawić gospodarzom wielkiego psikusa. W przekroju całej potyczki to Niemcy popełnili jednak mniej błędów i zasłużyli na mistrzowski tytuł.
- Jesteśmy tylko i aż wicemistrzami świata – powiedział po meczu w telewizyjnym wywiadzie Marcin Lijewski, oddając najlepiej to, co czuli Polacy po zakończeniu finału.

Obrażali Polaków

Spotkanie budziło ogromne emocje. Gospodarze robili wszystko, by zdeprymować biało-czerwonych. Niemieckie brukowce skupiły się na wyśmiewaniu i obrażaniu polskich szczypiornistów, organizatorzy nie przewidzieli dla kibiców znad Wisły biletów na mecz. Dopiero po interwencji działaczy dobudowano trybunkę na 70 osób. Wszyscy byli pewni triumfu. Nastroje studził nieco trener Niemców Heiner Brand.

- Skoro nasi rywale doszli do finału, to mają silny zespół – powiedział Brand.

Kibice nie chcieli jednak tego słuchać. Pałali żądzą rewanżu za porażkę 25:27 w fazie grupowej turnieju. Gospodarze rozpoczęli bardzo zmobilizowani, a Polakom nie wychodziło prawie nic. Przewaga rywali rosła. Było 7:3, a potem 11:6. Zawodnicy trenera Bogusława Wenty często gubili piłkę i niecelnie rzucali w znakomitych pozycjach.

Męska rozmowa z trenerem w szatni niewiele dała i kiedy po kilku minutach drugiej odsłony było już 21:14 dla Niemców, wydawało się, że emocje się skończyły.

Zaprzepaszczona szansa

Na szczęście biało-czerwoni nie poddali się. Wzmocnili obronę, znakomicie spisywał się rezerwowy bramkarz Adam Weiner. Kilka efektownych akcji skończył Grzegorz Tkaczyk i w serca polskich kibiców znów wstąpiła nadzieja. Sytuacji nie zmieniła nawet podwójna kara dla biało-czerwonych. Grając w osłabieniu gracze Wenty nie tylko nie stracili żadnej bramki, ale sami zdobyli aż dwie. W 44. minucie trafił najpierw Rafał Kuptel, a po chwili Mariusz Jurasik i było tylko 22:21 dla rywali. Zdenerwowani Niemcy stracili dwa razy piłkę, a szybkie kontry kończył Jurasik. Wwybornych sytuacjach najpierw trafił w bramkarza, a potem w słupek. Szansa została zaprzepaszczona. Gospodarze opanowali nerwy i dowodzeni przez bardzo skutecznego Torstena Jansena uzyskali znów bezpieczną przewagę, której już do końca nie oddali. Ostatnie fragmentu meczu to chóralne śpiewy 19-tysięcznej publiczności, fetującej sukces swoich ulubieńców.

Niemcy nie tylko wywalczyli złote medale, ale jako mistrzowie świata zagrają w przyszłym roku bez eliminacji podczas olimpijskiego turnieju w Pekinie. Biało-czerwonym na pocieszenie pozostał fakt, że odnieśli największy w historii polskiej piłki ręcznej sukces.
WYNIKI
O 1. miejsce: Niemcy – Polska 29:324 (17:13). Sędziowali: Burd i Buy (obaj Francja). Kary: Niemcy – 2 min., Polska – 6 min. Widzów: 19 tys.
Niemcy: Fritz (Bitter) – Jansen – 8 bramek, Hens – 6, Kraus – 4, Kehrmann – 4, Zeitz – 3, Glandorf – 2, Klimovetz – 1, Schwarzer – 1, Roggisch, Klein, Kaufmann, Baur.
Polska: Szmal (Weiner) – K. Lijewski – 1, Jachlewski – 1, Tkaczyk – 5, Bielecki – 3, Siódmiak – 1, Wleklak – 1, B. Jurecki – 2, Jurasik – 5, M. Jurecki – 1, Kuptel – 1, Tłuczyński – 2, M. Lijewski 1.
O 3. miejsce: Dania – Francja

Autor artykułu: Wojciech Konończuk

Zimowe odszkodowanie

Monday, February 5th, 2007


Przede wszystkim za nieodśniezenie chodnika lub gdy jest on oblodzony zarządcy grozi kara.

- Za to nakladamy mandat w wysokości 100 zlotych – mówi Stefan Sochanski, komendant Strazy Miejskiej w Bialymstoku.

A jeśli mamy wypadek na ośniezonym lub oblodzonym chodniku czy drodze, mozemy domagac sie odszkodowania. Najpierw trzeba starac sie zalatwic sprawe polubownie. Jeśli sie to nie uda, mozna ją skierowac do sądu cywilnego.

Świadkowie wypadku

- Jezeli ktoś na przyklad zlamie noge na chodniku, roszczenia powinien skierowac do zarządcy chodnika. Jeśli stalo sie to przed domem prywatnym, to do jego wlaściciela. Jezeli na przyklad przed blokiem – to do spóldzielni mieszkaniowej czy wspólnoty. Jeśli na miejskiej ulicy, pozywa sie miasto – radzi Kamil Klemienia, radca prawy.

Zeby starac sie o odszkodowanie, trzeba udowodnic, ze wypadek wydarzyl sie w konkretnym miejscu. Przydadzą sie świadkowie, dobrze jest wezwac policje, straz miejską.

- Mozna wykorzystac wszystkie mozliwe środki, na przyklad poprosic strazników o spisanie protokolu ze zdarzenia lub wezwac policje, by spisala protokól ze stluczki – mówi Kamil Klemienia. – Ale zeby dostac odszkodowanie, muszą zostac spelnione trzy warunki.

Przede wszystkim trzeba udowodnic wine zarządcy. Czyli to, ze nie odśniezyl ulicy czy nie posypal chodnika tak jak trzeba. – Istnieją okoliczności, które uwalniają zarządce od odpowiedzialności. Na przyklad jeśli do wypadku doszlo w chwili, kiedy byly opady śniegu i jeszcze nie zdązyl lub nie mógl odśniezyc czy posypac chodnika – dodaje Kamil Klemienia.

Wina, przyczyna i skutek

Po drugie, trzeba udowodnic związek przyczynowo-skutkowy miedzy oblodzoną powierzchnią a naszym wypadkiem. Czyli trzeba wykazac, ze na przyklad poślizgneliśmy sie i zlamaliśmy noge wlaśnie przez to, ze chodnik byl śliski.

Nie ma co liczyc na odszkodowanie, jeśli mieliśmy wypadek w czasie, kiedy na przyklad biegliśmy czy szliśmy w niedozwolonym miejscu.

- Po trzecie, zeby dostac odszkodowanie, musimy wykazac szkode. Kwotowo określic, ile straciliśmy przez wypadek – opisuje Klemienia.

Ile straciliśmy

Mozemy ządac zwrotu kosztów leczenia, transportu do lekarza, ewentualnej rehabilitacji. Wszystko to musi byc udokumentowane, na przyklad trzeba zbierac rachunki za lekarstwa czy bandaze. W przypadku uszkodzenia auta, trzeba miec rachunki za jego naprawe.

- Gdy byliśmy na przyklad trzy tygodnie na zwolnieniu, mozna domagac sie utraconych korzyści – mówi Kamil Klemienia.

Bo bedąc na zwolnieniu, nie otrzymuje sie pelnego wynagrodzenia. I wlaśnie zwrotu tej róznicy mozna sie domagac.

Mozna takze walczyc o zadośc- uczynienie za cierpienia fizyczne czy psychiczne.

Autor artykułu: Marta Romańczuk

Wybieramy najlepsze

Monday, February 5th, 2007


Konkurs Superprzedszkole 2007 rozstrzygniemy na podstawie ankiet, które wypełnią rodzice przedszkolaków. Ich opinie to najlepsze źródło informacji o danej placówce.

Domowa atmosfera, odpowiedzialni i czujni wychowawcy, gotowi do współpracy z rodzicami, dobre warunki do rozwoju emocjonalnego i intelektualnego – takie powinno być superprzedszkole, któremu powierzamy opiekę nad naszym dzieckiem.

Promować najlepsze

W Białymstoku są 54 przedszkola samorządowe i siedem niepublicznych. Na przełomie marca i kwietnia rodzice będą musieli podjąć decyzję, do którego zapisać swoją pociechę. “Poranny” chce im pomóc w wyborze najlepszego. Dlatego już po raz drugi organizuje plebiscyt na superprzedszkole 2007.

Chcemy promować placówki najbardziej przyjazne dziecku. Wyniki konkursu będą zależeć od opinii wystawionych przez rodziców dzieci, które uczęszczają do przedszkola. Ich opinie są najlepszym źródłem informacji o warunkach panujących w placówce, wychowawcach i ofercie programowej.

- Dziecko w wieku od 3 do 6 lat rozwija swoją osobowość, ma bardzo chłonny umysł i szybko się uczy. To, w jaki sposób będzie przyswajało wiedzę, zależy w dużej mierze od przedszkola, do którego chodzi – uważa Grażyna Anczurowska, psycholog dziecięcy.

- Dobra placówka pozwala dzieciom na doświadczenia, jednocześnie wyznacza pewne granice, co maluchowi wolno, a czego nie. Bardzo ważna jest też współpraca z rodzicami. Im większa spójność między nauką w domu i w przedszkolu, tym lepsze efekty – przypomina Anczurowska.

Roku temu wygrało PS nr 31

Te warunki spełniły placówki, które w tamtym roku wygrały w naszym plebiscycie. Tytuł “Superprzedszkole 2006” zdobyło przedszkole samorządowe nr 31 przy ul. Świętokrzyskiej.

- Pracujący tu wychowawcy są stworzeni do pracy z dziećmi. Nic dziwnego, że placówka zdobyła tytuł superprzedszkola – uważa Wojciech Bułkowski, którego syn chodzi do przedszkola nr 31.

- Jesteśmy dumni z wygranej – przyznaje Helena Popławska, wicedyrektor placówki. – Zdobyliśmy piękne nagrody: telewizor i DVD, a w czasie rekrutacji mieliśmy prawdziwe tłumy. Wielu rodziców sugerowało się plebiscytem “Kuriera Porannego” – dodaje.

W tym roku szansę mają wszystkie białostockie przedszkola. Od jutra rozpoczynamy drukowanie ankiet konkursowych, w których zapytamy rodziców, jak oceniają przedszkole, do którego chodzi ich maluch.

Podobnie jak rok temu, najlepsza placówka zostanie nagrodzona. Na nagrody mogą też liczyć rodzice, którzy wezmą udział w plebiscycie. Prosimy dyrektorów przedszkoli, by zachęcali rodziców do wypełniania ankiet. Te należy przysyłać na adres “Kuriera Porannego” (15-419 Białystok, ul. św. Mikołaja 1, skr. pocztowa 14, z dopiskiem “Superprzedszkole”) lub dostarczyć osobiście do biura ogłoszeń przy ul. św. Mikołaja. W naszym plebiscycie liczy się także aktywność rodziców. Szczegóły rankingu zawarte są w regulaminie, który jutro opublikujemy na naszej stronie internetowej.

Autor artykułu: Marta Gawina

Podwyżki na mur-beton

Thursday, February 1st, 2007


Ubiegły rok był rekordowy dla producentów cementu. Obecny będzie jeszcze lepszy. To dobra wiadomość dla cementowni, zła natomiast dla osób planujących zakup, remont czy budowę domu. Wzrosną bowiem ceny cementu i betonu.

W 2006 roku na rynek trafiło 14,5 mln ton cementu. Przedstawiciele białostockich hurtowni materiałów budowlanych zgodnie potwierdzają, że sprzedawał się on wyjątkowo dobrze, szczególnie w drugiej połowie roku. Czy ten trend może wpłynąć na ceny mieszkań?

- Ceny lokali, na które nabywcy podpisali już umowy, pozostaną bez zmian – uspokaja Andrzej Biruk z białostockiej firmy BirkBud. – Natomiast, jeżeli oprócz cementu zdrożeją produkty betonowe, podwyżki cen nowo budowanych mieszkań będą nieuniknione.

Zabraknie cementu?

Aż dwudziestoprocentowy wzrost sprzedaży w 2006 roku to skutek gwałtownie rosnącego popytu na mieszkania. Dodatkowo, dzięki ciepłej zimie, mieliśmy wyjątkowo długi sezon budowlany. Efekt? Na rynku może na wiosnę zabraknąć cementu – producenci sprzedali swe zimowe zapasy.

- W ubiegłym roku sezon był długi, zima nadeszła raptem tydzień temu. Z jednej strony się cieszymy, jednak z drugiej, jeszcze kilka tygodni temu borykaliśmy się z brakiem towaru – mówi Sylwia Leśniewska, kierownik ds. komunikacji w Lafarge Cement SA. – Nie doszacowaliśmy możliwości rynku. W tym roku aż 20 mln euro przeznaczamy na inwestycje mające zwiększyć wydajność naszych cementowni. Pewnie wszystkich zaległości nie odrobimy, ale będziemy się starać dostarczyć jak największą ilość cementu na rynek.

Podwyżki cen materiałów

Według przypuszczeń Andrzeja Balcerka, prezesa Górażdże Cement, w 2007 roku sprzedaż cementu wzrośnie o kolejne 7-10 proc.

- Jestem optymistą, sądzę, że to będzie bardzo dobry rok dla naszej branży. Czy przyniesie on wzrost cen? Nie wiem – ceny reguluje rynek, będę je ustalał w zależności od podaży i popytu – mówi Andrzej Balcerek.

Wątpliwości nie ma za to Sylwia Leśniewska:

- Ceny cementu wzrosną, gdyż coraz wyższe są koszty produkcji i wysyłki. W przypadku naszej firmy dochodzą również koszty inwestycji, jakie przeprowadzamy, by dostarczyć odpowiednią ilość cementu naszym klientom. Przewidujemy, że można spodziewać się 10-12-proc. podwyżki, która będzie miała miejsce już w lutym.

Ceny mieszkań w górę

Jeżeli za wzrostem cen cementu w górę pójdą ceny betonu i materiałów pochodnych, można spodziewać się, że o co najmniej kilka procent podrożeją mieszkania.

- Podstawowe materiały stanowią około 20 procent ceny budynku, zatem wzrost cen cementu czy betonu, który i tak zdrożał w ostatnim czasie, przełoży się na ceny mieszkań – mówi Remigiusz Rogowski z białostockiej firmy Rogowski Development.

Oprócz drożejącego cementu, do podwyżek cen mieszkań przyczynią się także wyższe ceny paliw.

- Akcyza na paliwa wzrosła już na początku roku, jak tylko znajdzie to swoje odbicie na stacjach benzynowych, branża budowlana będzie musiała, podobnie jak wiele innych, skorygować ceny – mówi Andrzej Biruk.

Co dalej?

Andrzej Kozłowski, kierownik działu marketingu BCMB, mówi, że nie spodziewa się w bieżącym roku dalszego wzrostu popytu na cement.

Producenci są jednak bardziej optymistyczni. W szybkim tempie unowocześniają swoje zakłady, budując dodatkowe piece i inwestując w młyny do produkcji cementu. Według ich szacunków za sześć lat rynek może potrzebować nawet 25 mln ton produktu. Dla nas oznacza to dalszy wzrost jego cen, które w Polsce są i tak o 5-10 euro niższe niż w sąsiednich krajach Unii Europejskiej.

Autor artykułu: Michał Franczak

Dramaty z życia wzięte

Thursday, February 1st, 2007


Kurier Poranny: Sześć lat temu nikt o Tobie nie słyszał. Dzisiaj, w wieku trzydziestu lat, jesteś jednym z najpopularniejszych rosyjskich dramaturgów. Jak Ci się to udało?

Wasilij Sigariew: Studiowałem na trzecim roku pedagogiki. Pewnego dnia na tablicy ogłoszeń zobaczyłem informację o zapisach na studia literackie w innym mieście. Pojechałem. Przypadkiem trafiłem na zajęcia z dramaturgii. Jako pracę domową kazali napisać sztukę. To napisałem. Zaraz potem tę sztukę wystawili. Poszedłem na premierę. To była moja pierwsza w życiu wizyta w teatrze. Popatrzyłem… O mamo! To było okropne! Poczułem, że mam dosyć bycia dramaturgiem. Ale potem moje teksty zaczęli robić lepsi reżyserzy i jakoś to poszło.

Pisałeś wcześniej wiersze, jakieś opowiadania, może pamiętniki…
- Pisałem głównie prozę. Chciałem pisać wiersze, ale nie wyszło, były straszne. A prozy cała skrzynka się nazbierała. Mam ją do tej pory, leży. Niczego nie wydałem, nikomu tego nie pokazałem, bo było mi wstyd.

Zainteresowania literackie wyniosłeś z domu?
- Nie. Moja matka pracowała w kołchozie, w kurniku, zbierała jajka. Ojciec całe życie był elektrykiem w fabryce. Pierwsze książki, jakie pojawiły się w naszym domu, kupiłem ja sam. Miałem wtedy dziesięć lat.

Jaką pierwszą książkę kupiłeś?
- Przykro mi, to nie był ani Puszkin, ani Dostojewski (śmiech). Zafascynował mnie Stephen King. Oglądałem amerykańskie filmy, a potem zacząłem czytać książki. Wtedy po raz pierwszy przyszła mi do głowy myśl, że ja też chciałbym tak pisać…

Na szczęście nie zostałeś rosyjskim Kingiem. Sześć lat temu napisałeś “Plastelinę” – rok później wystawiono ją w Moskwie i natychmiast stałeś się sławny. Ile dramatów napisałeś przez ten czas?
- Szesnaście albo siedemnaście…

Wychodzi dwa i pół dramatu rocznie. I to w dodatku dobrego, wystawianego, dyskutowanego.
- Nie lubię takiego matematycznego mierzenia. Były sztuki, które pisałem pięć dni i takie, nad którymi siedziałem dwa lata.

Ile pracowałeś nad “Plasteliną” – najsłynniejszym i podobno jednym z najlepszych Twoich dramatów?
- Chyba ze dwa tygodnie. “Plastelinę” miałem w głowie. To sztuka, którą nosiłem w sobie całe życie. Więc wystarczyło usiąść i spisać…

To historia zainspirowana jakimś autentycznym wydarzeniem?
- Tak. Historia z penisem z plasteliny jest autentyczna. Studiowałem wtedy pedagogikę. Któregoś razu przychodzi do mnie młodszy brat i mówi, że mają taką dziwną nauczycielkę, która stale zagląda do męskiej toalety. Wpadłem na pomysł, żeby ulepić wielkiego członka i pokazać nauczycielce. Brat tak zrobił, za co wyrzucili go ze szkoły.

Inne sztuki – to historie z życia wzięte czy od początku do końca wykreowane fabuły?
- Wzięte z życia i całkowicie wykreowane. Zawsze biorę jakąś prawdziwą historię i staram się opisać tak, żeby była interesująca, nie tylko dla tych, którzy byli jej bohaterami.

Jest gdzieś w Jekaterynburgu taka zajezdnia tramwajowa, jak w “Fantomie bólu”?
- Jest. Ja w niej nie pracowałem – byłem ochroniarzem w fabryce, w Niżnym Tagile. Tam była taka dziewczyna. Taka “zeschizowana” , jak Olga z “Fantomu…”. Trochę inaczej nieszczęśliwa, ale też wykorzystana, sponiewierana.

Ty byłeś jak Dima – student zarabiający stróżowaniem na studia?
- Dokładnie. Pracowałem w różnych miejscach. Byłem ochroniarzem w fabryce i redaktorem literackim w jednym miesięczniku, gdzie czytałem takie (Sigariew rozstawia szeroko ręce nad stołem) tomiszcza, przynoszone przez różnych grafomanów. Byłem też kierowcą prostytutek.

…?
- Kiedy pracowałem w ochronie, przyszedł do mnie jeden człowiek, mój zmiennik, i mówi, że jest taka fajna fucha za dobre pieniądze, tylko trzeba mieć samochód. Miałem, więc zostałem kierowcą. Woziłem dziewczyny do klientów, a potem zabierałem do domu.

Degenerat Gleb z “Fantomu…” to kumpel z tamtej pracy?
- Nie, to mój starszy brat, jego wpisałem w tę postać.

Masz inne rodzeństwo?
- Jeszcze jednego, młodszego brata.

Czym się zajmuje?
- Siedzi w więzieniu. Drugi raz.

Jakie masz relacje z braćmi?
- Kocham ich, jak braci. Ale to nie są moi przyjaciele.

Młodszego też opisałeś w jakiejś sztuce?
- Tak, w “Rodzinie wampira”. To historia o narkomanie, który terroryzuje całą rodzinę.

Jak bracia traktują Twoją twórczość?
- Wyśmiewali się z tego, co pisałem w dzieciństwie. Teraz zazdroszczą mi pieniędzy.

Przychodzą “pożyczać”?
- Nieustannie.

Pożyczasz?
- Nie. Mówię, że jak się chce pieniędzy, to trzeba pracować. Oczywiście, jak się coś dzieje, jakaś nagła sytuacja, to pomagam. Ale na przepicie nie daję.

Sam nigdy nie miałeś kłopotów z alkoholem, narkotykami, z prawem?
- Wielokrotnie. W więzieniu nie siedziałem, ale aresztowany byłem nieraz.

Za co?
- Za różne wybryki chuligańskie – głównie bójki. A w dzieciństwie wielokrotnie za kradzież. Pewnego razu ukradłem ze szkoły mikroskop. Chciałem go przerobić na działo laserowe i zniszczyć przystanek autobusowy pod moim oknem – to miało być jak w filmie science fiction. Nic z tego nie wyszło – przystanek do tej pory stoi jak stał. To dlatego, że z fizyki nie byłem tak dobry, jak z pisania sztuk teatralnych (śmiech). Innym razem ukradłem motorynkę, a jeszcze kiedy indziej… Było tego trochę. Teraz już nie kradnę, ale też mnie wsadzają – za bójki, rozróby…

Lubisz to?
- Jakoś mamy z Janą (żona – przyp. red.) szczęście do wpadania w takie sytuacje na ulicach.

Musisz stawać w obronie żony?
- To raczej ona staje w mojej obronie (śmiech).

A alkohol, narkotyki – nigdy nie miałeś z nimi problemu?
- Narkotyki to nie jest to, co lubię, to mnie nie kręci. A alkohol owszem – co w tym złego? Nie będę udawał, że nie – lubię wypić. Czasem nawet jakaś dwudniowa impreza się trafi, ale to chyba nie jest żaden problem…

Bracia zazdroszczą Ci pieniędzy. A rodzice – są z ciebie dumni?
- Ojciec niedawno umarł. Mam wrażenie, że niczego w życiu nie przeczytał. Rodzice nigdy nie interesowali się tym, co pisałem. Zauważali stronę materialną – to, że żyję z pisania. Nie mam do nich żalu. Jak człowiek całe życie jest biedny, to myśli tylko o pieniądzach. U nas w domu zawsze na wszystko brakowało. Pamiętam z dzieciństwa, że jak rodzice kupili cukierki, to chowali je przed nami i wydzielali po jednym, żeby na dłużej starczyło. Nigdy nigdzie nie wyjeżdżali – nie mieli za co. Matka pierwszy raz była za granicą dopiero po śmierci ojca. Zabrałem ją na wycieczkę do Egiptu. Była zadowolona, ale się też trochę wystraszyła – tyle nowego, tak daleko od domu…

Jesteś zadowolony ze swojego życia, z tego, co osiągnąłeś?
- Życie, kariera, to jakiś układ gwiazd, przypadek – dzisiaj jest, jutro nie ma… Najważniejsze, żeby człowiek był zadowolony z siebie. Czeka mnie jeszcze wiele pracy nad sobą, ale mam takie momenty, gdy jestem z siebie dumny. Najbardziej jestem dumny z tego, że nie kłamię w tym, co piszę.

Zawsze jeździsz na prapremiery swoich dramatów?
- Początkowo jeździłem prawie na wszystkie – teraz nie jeżdżę wcale. Było tego za dużo – w pewnym momencie co tydzień gdzieś wystawiano premierowo moją sztukę.

To dlaczego przyjechałeś do Białegostoku?
- Bo moja żona chciała koniecznie tu przyjechać. Jej rodzice pochodzą z Polski, a ona nigdy w Polsce nie była.

Twoje sztuki były już wystawiane w polskich teatrach. Nikt Cię do tej pory nie zapraszał?
- Nie pamiętam, żeby coś takiego się zdarzyło, ale… Dostaję tyle listów i różnych przesyłek… Nie wszystko otwieram, może coś przeoczyłem. A jak przeczytam, to – bywa – zapomnę…

Podobała Ci się białostocka inscenizacja “Fantomu bólu”?
- Bardzo podobało mi się to, co zrobił Piotr Dąbrowski. Dobrze, że jeszcze są aktorzy, którzy nie wychodzą na scenę tylko po to, by powtórzyć wyuczony na pamięć tekst. Bardzo spodobało mi się to, że premiera odbyła się poza teatrem. Oczywiście w teatrze można zbudować dekoracje, nawet położyć tory, ale to wszystko jest sztuczne, fałszywe.

Masz jakieś porównanie do innych inscenizacji, innych aktorów? Ile premier “Fantomu…” widziałeś?
- Jedną. To było w Moskwie. Bardzo mi się to widowisko podobało, szczególnie piosenki – oni ciągle śpiewali. Główna aktorka, która grała Olgę, miała najwyraźniej talent wokalny, więc postanowiono to wykorzystać. Po tej premierze straciłem ochotę na oglądanie następnych (śmiech).

Jaka była Twoja pierwsza myśl, gdy zobaczyłeś Białystok?
- Kiedy jechaliśmy samochodem na spektakl, to miałem wrażenie, że jestem w Jekaterynburgu. Może dlatego, że nigdy wcześniej nie byłem w Europie zimą, może to przez ten śnieg, który nagle wszystko pokrył… U nas też jeszcze kilka dni temu nie było śniegu. Za Uralem nigdy nie było takiej zimy. Przed rokiem temperatury spadały do minus trzydziestu, oczy łzawiły i zamarzały na wietrze. A teraz wiosna zamiast zimy. Jakiś koniec świata się chyba żbliża…

Autor artykułu:

Listonosz, co listów nie nosi

Thursday, February 1st, 2007


Nasi Czytelnicy są niezadowoleni z usług Poczty Polskiej. Dlaczego? Bo listonosz nie chce doręczać im przesyłek!

- Prowadzimy z mężem biuro podróży i bardzo często dostajemy przesyłki reklamowe od różnych firm. Czasami są to nietypowe formaty, na przykład tuba z plakatami albo paczka z ulotkami. Problem w tym, że listonosz nie przynosi nam tego do siedziby biura, tylko od razu wypisuje awizo – denerwuje się Magdalena Matys.

Są, ale jakby ich nie było

Najbardziej Czytelników dziwi fakt, że w awizie, które dostają od listonosza, napisane jest, że nikogo nie było w lokalu. I tak od pół roku.

- To się powtarza, mieliśmy już chyba siedem takich przypadków. Listonosz komunikuje nam, że paczka leży na poczcie i wręcza świstek. Najgorsze jest to, że musimy się wybrać na pocztę, a potem okazuje się, że dostajemy przesyłki, które są nam zupełnie do niczego nieprzydatne. A musimy się po nie iść aż na aleję Piłsudskiego, choć poczta jest też bliżej, przy Rynku Kościuszki – mówi kobieta.

No i tu pojawia się kolejny problem. Przy tym urzędzie pocztowym nie ma gdzie zostawić samochodu.

- Zawsze mamy problemy z zaparkowaniem, bo od strony poczty nie ma parkingu – podkreśla właścicielka firmy.

Matysowie skarżyli się na poczcie, że listonosz nie dostarcza do biura ich listów.

- Za każdym razem słyszeliśmy tylko, że powinniśmy złożyć skargę do Centrum Usług Pocztowych – mówi pani Magdalena. – Uważam, że jeśli klient Poczty Polskiej zapłacił za dostarczenie przesyłki, to powinna być ona dotrzeć bezpośrednio do adresata. Nie powinno mnie interesować, że listonosz nie zmieści nietypowej paczki do torby, to poczta dysponuje chyba samochodami?

Listonosz musi doręczać

Jeśli niestandardowej wielkości list nie mieści się w skrzynce, listonosz może zostawić awizo – próbuje tłumaczyć Wiesława Rulka, dyrektor oddziału regionalnego Poczty Polskiej z siedzibą Olsztynie.

Co powinien zrobić listonosz, jeśli adresat jest w biurze i nie ma skrzynki?

- Oczywiście, powinien doręczyć list na miejsce. Możemy tylko przeprosić osoby, które zostały nieprawidłowo obsłużone. Poleciliśmy naszemu oddziałowi w Białymstoku, aby przyjrzał się sprawie. Mogę obiecać, że to się więcej nie powtórzy – zapewnia przedstawicielka poczty.

Autor artykułu: Monika Kosz-Koszewska