Archive for the ‘Archiwa z Kuriera Porannego’ Category

Szukam rodziny

Monday, January 29th, 2007


Straciliśmy zaufanie do rodziców Jacka. W trybie natychmiastowym podejmiemy decyzję o umieszczeniu chłopca w ośrodku wychowawczym – zapowiada Joanna Toczydłowska, przewodnicząca Wydziału V Rodzinnego i Nieletnich Sądu Rejonowego. – Chyba że zgłoszą się do nas wiarygodni ludzie, którzy zechcą być rodziną zastępczą dla chłopca.

W piątkowym wydaniu “Porannego” opisaliśmy historię dziesięcioletniego Jacka. Jego rodzice są alkoholikami, mają ograniczone prawa rodzicielskie. Przez wiele lat chłopiec był świadkiem pijackich burd, awantur między matką i ojcem (który ma wyrok za znęcanie się nad rodziną). Od ponad trzech miesięcy mieszka u babci. Ta nie może dłużej go wychowywać. Rok temu lekarze wykryli u niej raka. Za naszym pośrednictwem szuka dla wnuka rodziny zastępczej.

- Jeśli Jacek trafiłby do dobrych ludzi, to ma wielką szansę normalnie ułożyć sobie życie i zapomnieć o patologii, w której tkwił przez wiele lat – ocenia Joanna Toczydłowska.

Wyjaśnia, że rodzina, która chciałaby się zaopiekować chłopcem, powinna zgłosić się do sądu rejonowego przy ulicy Sienkiewicza 67.

- Rodzina taka musi jednak spełniać wiele kryteriów, m.in. mieć polskie obywatelstwo, stałe źródło utrzymania. I nigdy nie mogła być karana za znęcanie się nad dziećmi – wymienia sędzia.

Procedura umieszczenia dziecka w rodzinie zastępczej trwa około trzech miesięcy. – Ale Jacek mógłby trafić do niej już na czas postępowania, czyli niemal natychmiast – zapewnia Joanna Toczydłowska.

Rodzina taka musiałaby przedstawić opinię z miejsca pracy, od sąsiadów, a także z opieki społecznej.

Jeśli biologiczni rodzice chłopca nie interesowaliby się nim przez ponad pół roku, rodzina zastępcza może się starać o adopcję Jacka lub ustanowienie opiekunem prawnym.

Autor artykułu: Joanna Dargiewicz

Łatwiej być Żubrem

Friday, January 26th, 2007


Mispol Żubry po dwa punkty jedzie do Sopotu. Rywal Podlasian – Prokom II to ligowy średniak. Rezerwy mistrza Polski w rundzie rewanżowej mają na koncie zwycięstwo i porażkę. Zespół z Sopotu wygrał u siebie z Nowym Dworem Gdańskim i przegrał na wyjeździe z ekipą z Kutna.

Obawy trenera

Trener Marek Kubiak spodziewa się jednak wyrównanego spotkania.

- Prokom to wysoki, młody i ambitny zespół. Swoją grę opierają na walce jeden na jeden. W pierwszym meczu w Białymstoku pokazali się z dobrej strony, mimo że mieli problemy na trasie i dotarli na spotkanie z opóźnieniem. Nie mieli czasu, żeby odpocząć i prosto z autokaru wyszli na parkiet. Nie byli łatwym przeciwnikiem. Nasze doświadczenie zapewniło nam wtedy zwycięstwo – mówi szkoleniowiec białostoczan.

- Rywal jest w naszym zasięgu. Nie lekceważymy żadnego przeciwnika. Do tego spotkania podchodzę jednak z małymi obawami. Wyjeżdżamy w dniu meczu. Warunki atmosferyczne nie są najlepsze. Czeka nas długa i męcząca podróż, ale jestem dobrej myśli – dodaje szkoleniowiec Mispolu Żubrów.

Tur jest na fali

Prawdziwe wyzwanie czeka koszykarzy Tura. Zespół z Bielska Podlaskiego podejmie wicelidera Polonię Warszawa. Podopieczni trenera Andrzeja Sinielnikowa liczą, że uda się im sprawić niespodziankę.

– Jesteśmy na fali. Liczymy na doping naszych kibiców. Bardzo potrzebujemy ich pomocy. Chcielibyśmy ograć Polonię i pomóc w ten sposób Żubrom w awansie do pierwszej ligi – tłumaczy Marek Kowalewicz, kapitan ekipy z Bielska Podlaskiego.

Spotkanie rozpocznie się o godz. 18 w sali SP nr 3 przy ul. Poniatowskiego 9.

PROGRAm 14. KOLEJKI
Sobota:
Tur Bielsk Podlaski – Polonia Warszawa
Novum Bydgoszcz – OSSM Sopot
Pierniki Toruń – KS Piaseczno
Harmattan Gniewkowo – ŻTS Nowy Dwór Gdański
Legia Warszawa – AZS Kutno
Prokom II Sopot – Mispol Żubry Białystok

Autor artykułu: Sylwia Kowalczyk

Zawodówki nie mogą zniknąć

Wednesday, January 24th, 2007


Murarz, rzeźnik, cukiernik – tych fachowców najbardziej brakuje na naszym rynku pracy. Nie ma ich, bo młodzież wybiera licea profilowane zamiast zawodówek.

- To jest największy dramat polskiego szkolnictwa. Gimnazjaliści, którzy nie uzyskują odpowiedniej ilości punktów, żeby kształcić się w ogólniakach, idą do szkół profilowanych, które przygotowują do matury, ale nie uczą żadnego zawodu.

Tracą na tym wszyscy: i rynek, i sami uczniowie – przypomina Józef Hordejuk, dyrektor Izby Rzemieślniczej i Przedsiębiorczości w Białymstoku.

Problem widzą też nauczyciele.

- Odchodzenie od szkół zawodowych nie było najlepszym wyjściem. Wielu uczniów nie radzi sobie z przyswajaniem wiedzy. Z korzyścią dla nich byłoby, gdyby od razu po gimnazjum uczyli się konkretnego zawodu – podkreśla Alfred Komar, dyrektor gimnazjum przy ul. Antoniuk Fabryczny.

Niestety, często rodzice mają zbyt wysokie ambicje.

- Nawet nie wyobrażają sobie, by ich dziecko mogło chodzić do zawodówki. Musi być matura. Rzeczywistość jest taka, że wielu uczniów liceów profilowanych egzaminu nie zdaje – przypomina Jędrzej Łucyk, dyrektor Zespołu Szkół Mechanicznych.

- Poza tym uczeń, który kończy zawodówkę, może kontynuować naukę i zrobić maturę – przypomina.

- Myślę, że dobrym pomysłem byłoby ustalenie dolnej granicy punktów z egzaminu gimnazjalnego, która od razu kierowałaby uczniów do szkół zawodowych.

Gimnazjaliści, którzy chcieliby uczyć się w szkołach średnich, od początku musieliby przykładać się do nauki – uważa Jan Szczęsny, zastępca naczelnika wydziału edukacji urzędu miejskiego.

Ministerstwo edukacji nie myśli na razie o likwidacji liceów profilowanych i rozwoju zawodówek.

- Trwają tylko rozmowy z nauczycielami, którzy zwracają uwagę na ten problem. Jednak na razie nie przygotowujemy rozwiązań systemowych – mówi Aneta Woźniak, rzecznik MEN-u.

Autor artykułu: (mg)

Pierwsza klasa z drugiej ręki

Wednesday, January 24th, 2007


Używaną odzież sprzedaje się obecnie z rozmachem, jakiego mogłyby pozazdrościć lumpeksom sklepy branżowe. Drobnych handlarzy wypierają wielkopowierzchniowe centra taniej odzieży oraz ekskluzywne butiki, które do złudzenia przypominają sklepy z nowymi, markowymi ubraniami.

- Klienci mają dziś zasobniejsze portfele, więc są w stanie zapłacić więcej za towar – mówi Joanna Citko (“Szafa Klary”, “Wzorcownia”).

- Stali się też bardziej wymagający. Szukają odzieży wysokiej jakości. Coraz więcej z nich woli “polować” na końcówki kolekcji, na rzeczy oryginalne i markowe.

Po pierwsze: jakość

Wystrój jak w ekskluzywnym butiku: dyskretne oświetlenie, ubrania wyprane, wyprasowane. I żadnych skrzyń! Tak wygląda najnowsza odsłona sklepów z tanią odzieżą.

- Prawie wszyscy w branży handlują tym samym towarem – ubraniami sprowadzanymi z Wielkiej Brytanii – wyjaśnia Dariusz Golonko (“Odzież za grosze”).

- Aby przyciągnąć klienta, inwestuje się w ciekawe wnętrza, tworzy atmosferę butiku.

Po drugie: ilość

Przed kilkoma laty w branży odzieży używanej pojawiły się ogólnopolskie sieci handlowe. Na przykład kolejne nowe sklepy otwiera łapska firma “Gwoździej”. Zazwyczaj jej placówki mają dużą powierzchnię, nieraz są to wielopiętrowe hale.

Obecnie w całym kraju działa 38 sklepów tej marki (w tym trzy w Białymstoku). Są one otwierane przez partnerów, działających na zasadzie franczyzy. Wykładają oni pieniądze na wynajem pomieszczenia i opłacenie miesięcznej stawki franczyzy (tysiąc złotych – przyp. red.). W zamian firma “Gwoździej” zapewnia zaopatrzenie, oferuje doradztwo w prowadzeniu biznesu i daje prawo do używania nazwy. Na podobnych zasadach działa np. sieć restauracji McDonald`s.

“Gwoździej” sprzedaje na dużą skalę, klientów przyciąga głównie ilością towaru.

Po trzecie: znane marki

Typowe ciucholandy coraz częściej kierują się w stronę sklepów typu “outlet” – sprzedających końcówki kolekcji znanych producentów. Sprzedają one nowe ubrania, tańsze o 30 do 70 proc. niż te dostępne w sklepach branżowych.

Ambicje Polaków, by ubierać się w rzeczy z górnej półki, przy jednocześnie niezbyt wysokich zarobkach, tworzą dla sklepów outletowych wielki rynek zbytu. W dużej mierze został on już podzielony między głównych graczy.

Jednym z nich jest poznańska firma “Vabbi”, od dwóch lat obecna w Białymstoku. Oprócz niej, końcówki kolekcji oferują także niektórzy białostoccy handlowcy, którzy wyczuli, że utrzymanie się w branży wymaga pozyskiwania nowych, bardziej wymagających klientów.

Dla kogo?

Sklepy z tanią odzieżą cieszą się gigantycznym powodzeniem. Korzystają z nich praktycznie wszyscy, niezależnie od wieku i zarobków. Różnorodność klienteli jest tak duża, jak różnorodność sklepów.

- “Szafę Klary” odwiedzają głównie wykształcone panie w średnim wieku, często zamożne, które chcą znaleźć ubrania wysokiej jakości za przystępną cenę. Są też kobiety, które szukają np. sukienki uznanej marki, na którą nie byłoby ich stać w normalnym sklepie. Znają one doskonale trendy i wiedzą, co jest na topie.

Do “Wzorcowni” zaglądają głównie ludzie młodzi – licealiści i studenci, zainteresowani ubraniami o nietypowych wzorach – mówi Joanna Citko.

Mniej zamożni klienci szukają ubrań głównie w sklepach sprzedających odzież ze skrzyń. Są to często osoby starsze, emeryci robiący sezonowe zakupy do swoich szaf.

Co można znaleźć?

Głównym atutem ciucholandów nadal pozostaje cena. Sukienka za 20 złotych lub marynarka za 25 zł to okazja, na jaką nigdy nie trafimy w sklepie z nowymi ubraniami. Dla klientów liczy się także niepowtarzalność wzorów oraz to, że mogą sobie pozwolić na kupno markowej bluzy czy spodni za zaledwie ułamek ceny.

Niektórzy odwiedzają lumpeksy, gdyż w sklepach branżowych nie mogą trafić na rzeczy w odpowiednim rozmiarze.

Niewielkie pieniądze, jakie trzeba wyłożyć, by otworzyć własny sklep z tanią odzieżą, zachęcają do spróbowania swych sił w tym biznesie. Od momentu wejścia do Unii nie trzeba także koncesji na sprowadzanie używanej odzieży. Stąd bierze się ostra konkurencja, wymuszająca zmiany.

A jest o co walczyć – klienci lumpeksów są liczeni w milionach.

Autor artykułu: Michał Franczak

Emerytura będzie głodowa

Wednesday, January 24th, 2007


Osoby, które zrezygnowałyby z ubezpieczenia w OFE, otrzymywałyby o 10 proc. wyższe wynagrodzenia.

- Jednocześnie nadal płaciłyby składkę do ZUS i miałyby zapewnioną emeryturę – podkreśla Szymon Pawłowski, rzecznik prasowy LPR.

Jego zdaniem, takim rozwiązaniem mogą być zainteresowani zwłaszcza ludzie młodzi, którym do emerytury daleko, pensje mają małe, a potrzeby duże. O odkładaniu na przyszłość mogą pomyśleć za kilka lat, gdy ich sytuacja finansowa poprawi się.

Jednak większość osób obawia się, że system taki na pewno nie sprawdziłby się na dłuższą metę.

- Nie wierzę, że ludzie potrafiliby się zmobilizować i oszczędzać na starość, jeśli nie byłoby takiego przymusu – mówi Michał Ziniewski, prezes Podlaskiego Związku Pracodawców. – Bo większość z nich żyje dniem dzisiejszym.

Jak zauważa, teraz dowolnie kształtować wysokość swoich składek do ZUS-u mogą przedsiębiorcy. I nigdy nie spotkał się z tym, by któryś płacił więcej niż wynosi minimalna stawka.

Do czego mógłby doprowadzić pomysł LPR? Do tego, że w efekcie osoby, które zrezygnowały z II filaru, otrzymałyby miesięcznie nawet tylko 200-300 zł emerytury.
Zwolennikiem tego, by ubezpieczenie w II filarze było dobrowolne, jest Robert Gwiazdowski z Centrum im. Adama Smitha. Ale ma on zupełnie inną koncepcję funkcjonowania systemu emerytalnego.

Autor artykułu: (koci)

Słoneczny Stok w oku kamery

Monday, January 22nd, 2007


Odrapane klatki schodowe, przeciekające stropy, elewacje w graffiti, place zabaw zagrażające dzieciom – takie obrazy można zobaczyć na zdjęciach i filmach, które mieszkańcy Słonecznego Stoku postanowili zamieszczać na stronie internetowej stowarzyszenia Nasze Osiedle. Po co? – Chcemy postawić zarząd spółdzielni pod pręgierzem opinii publicznej i zmusić do remontów. Już teraz widzimy dobroczynne skutki tej akcji – wyjaśniają mieszkańcy.

Widać jak na dłoni

Na stronie: www.slonecznystok.pl zgromadzono już 240 fotografii, a od niedawna w Internecie można też zobaczyć kilka filmów o fatalnym stanie pawilonu handlowego przy ul. Upalnej.

- Spółdzielnia ignoruje nasze pisemne prośby o prace remontowe. Dlatego zachęcamy wszystkich mieszkańców, by zamieszczali swoje zdjęcia i filmy na naszej stronie internetowej – mówi Stanisław Bartnik ze stowarzyszenia Nasze Osiedle. – Być może taka publikacja przyciśnie spółdzielnię do muru. Widzimy już pierwsze efekty, bo po zamieszczeniu filmu, szybko pojawili się konserwatorzy, którzy, co prawda niechlujnie, ale naprawili schody.

Pomysł stowarzyszenia spodobał się innym lokatorom.

- Dzięki takim obrazkom widać jak na dłoni, co dzieje się na osiedlu. W jakim tempie coś się zmienia, czy pieniądze są inwestowane w nasze bloki, czy rozchodzą się na jakieś inne wydatki – ocenia pani Katarzyna, mieszkanka bloku przy ul. Magnoliowej.

- Tym w spółdzielni to się wydaje, że nikt nic nie widzi, a zdjęcia pokazują, jak wygląda szara, odrapana rzeczywistość naszych bloków – dodaje pan Paweł z ulicy Upalnej.

Mieszkańcy innych spółdzielni także pochwalają inicjatywę Naszego Osiedla.

- Sam chętnie chwyciłbym za aparat i pokazał swój blok, gdzie elewacja nie widziała farby już kilkanaście lat. Ale czy to coś da? – zastanawia się Tomasz Wiśniewski, mieszkaniec bloku należącego do spółdzielni Rodzina Kolejowa.

Filmów nie oglądam

Jerzy Cywoniuk, prezes spółdzielni Słoneczny Stok twierdzi, że zdjęcia i filmy nie robią na nim żadnego wrażenia, bo ich… nie widział.

- Nie mam zamiaru oglądać tych filmów i strony internetowej. A drzwi spółdzielni zawsze stoją otworem na zgłoszenia mieszkańców. Jeśli coś wymaga remontu, to w swoim czasie naprawimy – ucina prezes.

Autor artykułu: Monika Kosz-Koszewska

Boją się o dzieci

Monday, January 22nd, 2007


– Tam jest po prostu ciemno. Niby są latarnie, ale nie działają jak trzeba. Żarówki często są przepalone – skarżą się nasi Czytelnicy i proszą o interwencję.

Samych dzieci nie puszczają

Rodzice, którzy nie pracują, są zmuszeni codziennie odbierać dzieci ze szkoły i odprowadzać na zajęcia pozalekcyjne do klubu.

– Gorzej mają ci, którzy mieszkają dalej. Do końca zajęć muszą czekać w klubie, albo iść gdzieś do sklepu, bo nie opłaca się wracać – mówią. – Gdyby tutaj było dobre oświetlenie, dzieci same by wracały.

Niestety, jest ciemno i nie mogą.

Halina Trzasko, kierowniczka klubu Kalina zapewnia, że jak tylko zauważy jakiś problem z oświetleniem przy ulicy Kalinowej, zwraca uwagę administracji. – Ja z klubu wychodzę jako ostatnia – dodaje. – I dlatego widzę wszystko, co się tutaj dzieje.

Zajmiemy się tym!

Jan Nikonowicz, kierownik administracji Dziesięciny I potwierdza, że problem nie jest mu obcy.

– Już o tym słyszałem – mówi. – Niestety na Kalinowej są trudności z dostaniem się do latarni.

Okazuje się, że pod klub Kalina nie może podjechać samochód z podnośnikiem. Przez to nie da się spokojnie wymienić żarówek.

– Ale skoro jest tam ciemno, spróbujemy zrobić to „po partyzancku” – obiecuje Jan Nikonowicz. – Jak nie da się tam dojechać samochodem, trzeba będzie wykorzystać drabinę. Wyślę pracowników, żeby to sprawdzili. Niedługo sytuacja powinna tam się poprawić – zapewnia.

Autor artykułu: (pr)

Za światło płaci się raz

Monday, January 22nd, 2007


Mieszkańcy bloków komunalnych, zarządzanych przez wspólnoty, nie muszą już płacić podwójnie za oświetlenie w piwnicach. Po tym jak jedna ze wspólnot zarzuciła ZMK oszustwo, zarząd zmienił zasady naliczania opłat.

Sprawa ciągnęła się ponad rok. Spór prawny z zarządem zaczęli lokatorzy ze wspólnoty mieszkaniowej przy ul. Bema 89b – zarząd wspólnoty złożył w prokuraturze doniesienie o popełnieniu przestępstwa przez dyrektora ZMK Wiktora Klatkowskiego. Oskarżył też prezydenta Ryszarda Tura o niedopełnienie obowiązków – o brak nadzoru nad dyrekcją ZMK.

Dwie opłaty za to samo

Jak – według lokatorów – wyglądał mechanizm naciągania? Gdy blokiem zarządza wspólnota, to ona płaci za prąd białostockiemu zakładowi energetycznemu. Także za ten, który idzie na wspólne potrzeby lokatorów – na oświetlenie klatek schodowych, wejść do budynków a także piwnic. Wspólnota rozlicza wszystkie opłaty.

A dodatkowo od lokatorów, którzy mają zamontowane światło w piwnicy ZMK pobierał około dwóch złotych miesięcznie. Faktycznie była to opłata za prąd, za który lokatorzy już raz zapłacili. Wspólnota z Bema 89b oceniła, że ZMK od kwietnia 2001 do grudnia 2005 wyłudził od lokatorów bloku 5,2 tys. zł. W przypadku całego miasta to 100 tys. zł rocznie!

Jak sprawę wyjaśniał ZMK? Opłata była pobierana, by było sprawiedliwie! – Gdybyśmy nie pobierali, lokatorzy, którzy nie mają światła, mogliby poczuć się poszkodowani – tak rok temu argumentował Jerzy Aponowicz, kierownik działu eksploatacji w ZMK.

(Nie)tykalny dyrektor

Cała dokumentacja udowadniająca pobieranie podwójnej opłaty trafiła do prokuratury. Ta wszczęła śledztwo, by po kilku miesiącach je umorzyć. Ale nie dlatego, że nie było podwójnego pobierania opłat. Okazało się, że przepisy nie pozwalają na ukaranie za to dyrektora ZMK. Jednak jedną z pierwszych decyzji nowego prezydenta Białegostoku było zwolnienie z pracy Klatkowskiego.

Koniec wojny z lokatorami

Nowe władze ZMK zlikwidowały opłaty za światło w piwnicach we wszystkich budynkach zarządzanych przez wspólnoty. Mieszkańcy zapłacą za światło raz, w czynszu.

- Dokładnie przeanalizowaliśmy sprawę. Postanowiliśmy skończyć ten spór i pójść na kompromis z lokatorami – mówi Eugeniusz Zysk, pełniący obowiązki dyrektora ZMK. Wspólnoty dostały już zawiadomienie od zarządu, mówiące o tym, że odstępuje on od pobierania dodatkowej opłaty.

Na razie nie wiadomo, czy lokatorzy będą starali się o zwrot pieniędzy niesłusznie pobranych w ostatnich latach.

Autor artykułu: (tż)

Łańcuszek się rozrywa

Friday, January 19th, 2007


Kurier Poranny: Powiedzmy, że mam 55 lat, jestem całkowicie zdolna do pracy, ale chcę przejść na wcześniejszą emeryturę. Dlaczego nie powinnam tego robić?

Robert Gwiazdowski: A dlaczego chce pani na tę emeryturę przejść? Wygrała pani mnóstwo pieniędzy?

Nie, powiedzmy, że po prostu nie chce mi się już dłużej pracować.

- No to w takim razie mam nadzieję, że dobrze zabezpieczyła pani finansowo swoje dzieci na przyszłość. Jeśli bowiem więcej osób pomyśli tak, jak pani, to nie wiem, co się stanie z tymi dziećmi, kiedy przejdą na emeryturę. Jak pani myśli, czego obywatele polscy oczekują po zakończeniu kariery?

Tego, że co miesiąc będą dostawać emeryturę, za którą spokojnie będą sobie żyć.

- I tak właśnie myśli większość społeczeństwa. Ale się myli, bo w naszym kraju to wcale nie jest takie pewne. Wszystko przez tak zwany system emerytalny. Czy pani wie, skąd biorą się pieniądze na te świadczenia? Tak się składa, że na renty i emerytury tych, którzy zakończyli karierę, zrzucają się obowiązkowo wszyscy ci, którzy obecnie pracują – ich dzieci, ale też pani i ja. Pieniądze, które napływają do ZUS w postaci składek odciąganych z naszych pensji, są wydawane na bieżąco.

Natomiast na nasze emerytury składać się będą nasze dzieci i tak dalej. Ktoś, niestety, dał kiedyś Polakom złudne wrażenie, że to oni sami składają się na swoje zabezpieczenie na starość.

Tymczasem jest to trochę taki łańcuszek św. Antoniego. Do funkcjonowania potrzebuje on ciągłego napływu nowych ludzi, którzy będą dorzucać do systemu swoje pieniądze. I tu pojawia się duży problem, bo tych ludzi zaczyna brakować.

Bo rodzi się coraz mniej dzieci?

- Też. Wszystkie prognozy demograficzne mówią o wielkim problemie, jaki nas czeka już wkrótce. Żeby w społeczeństwie dokonywało się tzw. odtwarzanie pokoleniowe, każda rodzina powinna mieć ponad dwójkę dzieci. A proszę mi powiedzieć, kogo dzisiaj stać na wychowywanie trojga czy czworga potomków?

To naprawdę duża sztuka przy polskich realiach i naszych zarobkach. Zwłaszcza te ostatnie pozostawiają wiele do życzenia. Gdyby jeszcze państwo nie pobierało prawie połowy naszej pensji na podatki, składki na ZUS, itp…

Do tego dochodzi jeszcze jeden duży problem – emigracja polskich pracowników.

To po co ktoś stworzył tak wadliwy system?

- Reforma systemu była potrzebna, ale jej założenia okazały się bardzo krótkowzroczne. Kilka lat temu nikt nie mógł przewidzieć, iż tyle osób wyemigruje po wejściu Polski do Unii Europejskiej. Inaczej łańcuszek mógłby jakoś działać.

Tymczasem okazało się, że nasi pracownicy zostali bardzo chętnie przyjęci na przykład w Wielkiej Brytanii. Państwa unijne borykają się bowiem z takim samym problemem demograficznym, jak my. Tylko że one mogą zaoferować Polakom lepsze wynagrodzenie niż rodzinny kraj i korzystają na tym. Nasi obywatele płacą składki na emerytury za granicą, a polski system zaczyna się sypać.

Jeśli więc nic się nie zmieni, to z czego będzie wypłacana moja emerytura?

- Nadal z tego, co wpłynie do krajowej skarbonki. Tyle że będzie to mniej pieniędzy.

Za kilkanaście lat dostanie pani nie 75 procent, ale około połowy swojej ostatniej pensji. Przejście na emeryturę nie będzie się opłacało, bo spadnie pani poziom życia. Straci na tym też cała gospodarka, bo coraz mniej osób będzie pracowało na rozwój kraju. Oczywiście są jeszcze pieniądze z tak zwanego II filaru, czyli z otwartych funduszy emerytalnych, ale ministerstwo pracy chce, żeby wypłacał je ZUS. Tymczasem nie wiadomo nadal, na jakich zasadach miałoby się to odbywać.

Co więc należałoby zrobić z tym fantem?

- Na przykład zmusić obywateli do rodzenia dzieci, żeby miał na nas kto pracować.

Ale tego nie da się załatwić ustawą.

- Zgadza się. Trzeba by stworzyć warunki życia, które sprzyjałyby zakładaniu i powiększaniu rodzin, czyli na przykład zapewnić wyższe zarobki i obniżyć koszty pracy w postaci podatków i składek na ubezpieczenie.

Do tego przydałoby się jeszcze wydłużenie wieku emerytalnego?

- Jak najbardziej. Obecnie osoba w wieku 55 lat może w naszym kraju przestać pracować i przez następne, powiedzmy dwadzieścia lat, pozostawać na utrzymaniu państwa, czyli nas wszystkich. Do tego dochodzą wywalczone przywileje branżowe, czyli wcześniejsze emerytury górników, nauczycieli itd. Ktoś za to wszystko musi zapłacić, a emerytów przybywa i będzie przybywać.

Gdyby natomiast więcej osób zostało na rynku pracy, to skorzystaliby na tym wszyscy – gospodarka rozwijałaby się, a system emerytalny byłby nadal zasilany pieniędzmi. Pozytywne zmiany odczuliby też sami obywatele.

Dłuższa aktywność zawodowa to dla pracowników same zalety. Pracujący będą bowiem zawsze w lepszej sytuacji finansowej niż emeryci. Będą też mogli dłużej odkładać pieniądze na swoje przyszłe świadczenia i poczują się docenieni, jeśli będą mogli nadal spełniać się zawodowo.

Odgórne wydłużenie wieku emerytalnego może jednak nie załatwić sprawy, bo nie wiadomo, czy starsze osoby będą chętnie zatrudniane przez pracodawców.

- Zapewniam, że tego nie należy się obawiać. Na polskim rynku już zaczynają się bowiem dziać niespotykane rzeczy. Otóż osoby po czterdziestce są coraz chętniej przyjmowane do pracy.

Dlaczego? Bo to się przedsiębiorcom po prostu opłaca. Starszy pracownik nie opuści tak chętnie firmy jak młodszy, żeby wyjechać za granicę, więc można sobie pozwolić na zainwestowanie w jego przeszkolenie. Natomiast kobieta nie zajdzie w ciążę i nie pójdzie na urlop macierzyński czy wychowawczy, zostawiając pracę. Nie do przecenienia jest doświadczenie takich osób.

Teraz przydałoby się jeszcze, żeby korzyści z wydłużenia wieku emerytalnego dostrzegli ci, którzy tworzą polskie prawo.

Dziękuję za rozmowę.

Autor artykułu:

Polmos pnie się w górę

Friday, January 19th, 2007


Kolejny raz właściciel Polmosu Białystok podejmuje próbę wyprowadzenia spółki z giełdy. Żeby to zrobić, musi mieć większy pakiet akcji niż obecne 68,83 procenta. Ogłosił więc w środę, że będzie je kupował od akcjonariuszy mniejszościowych po 103 złote za akcję.

Skutek był natychmiastowy – wartość walorów Polmosu poszybowała natychmiast do góry, osiągając rekordowy pułap 102 złotych. To o 7,5 złotego więcej od średniej ceny z ostatnich 10 dni, a aż o 15,4 zł więcej od średniej ceny z półrocza.

Osoby, które mają akcje Polmosu i chcą je sprzedać za cenę 103 złotych, mogą to zadeklarować od 26 stycznia do 8 lutego włącznie.

Central European Distribution Corporation chce kupić 24,32 procenta akcji Polmosu, dzięki czemu miałaby ich 93,14 procenta. Pozostałe są “zamrożone”, bo należą się pracownikom. A ci będą je mogli sprzedawać dopiero w maju tego roku.

Gdyby wezwanie do sprzedaży powiodło się na taką skalę jak zakłada CEDC, firma wycofałaby Polmos z warszawskiej giełdy, na którą sama weszła w grudniu 2006 roku. Od tego czasu notowane są równolegle: i CEDC (w skład którego Polmos wchodzi) i sam Polmos.

Poprzednie dwa wezwania do sprzedaży akcji nie skończyły się sukcesem – ani cena 85,25 zł, ani 91 zł nie zachęcały akcjonariuszy do pozbycia się akcji Polmosu, mimo że były większe od ówczesnych średnich notowań. CEDC zwiększyło wtedy swój stan posiadania tylko o około 3 procent. Czy tym razem zamiar się powiedzie?

Akcjonariusze wiedzą, że właścicielowi zależy na akcjach, a jednocześnie cena 103 zł za akcję jest nadal niższa od tej płaconej Skarbowi Państwa przez CEDC za kontrolny pakiet Polmosu w 2005 roku. Wynosiła ona wtedy 146,5 zł za jedną akcję.

Wczoraj na zamknięciu sesji za akcję Polmosu płacono 101,80 zł.

Autor artykułu: (peż)