Miękkie lądowania

January 29th, 2007


Są plusy i minusy bycia prezydentem – z nutką nostalgii mówi Krzysztof Sawicki, były wiceprezydent Białegostoku. – Czasami jest trochę nudno bez tych wszystkich emocji, podejmowania ważnych decyzji. Ale jest też spokojniej. No i więcej czasu dla rodziny, a to najważniejsze.

Zarówno on, jak i jego szef mieli dość miękkie lądowania ze swoich stanowisk. Do końca jednak nie wiadomo, co będą robić dwaj pozostali wiceprezydenci.

Tur – politolog

Dla nikogo nie było niespodzianką, że po przegranych wyborach Ryszard Tur wróci na Politechnikę Białostocką. Po pierwsze, zapowiadał to jeszcze przed wyborami, a po drugie, pracował tam, zanim został po raz pierwszy prezydentem Białegostoku. Było to ponad dwanaście lat temu, a Tur uczył studentów na wydziale budownictwa. Teraz jednak będzie wykładać na politologii. I to jest dość dużym zaskoczeniem, bo były prezydent jest inżynierem ciepłownictwa…

- Pan Tur wrócił do nas po urlopie i od 17 stycznia będzie pracował na politechnice na stanowisku starszego wykładowcy – wyjaśnia Anna Leszczuk-Fiedziukiewicz, rzecznik uczelni. Od nowego semestru Ryszard Tur zacznie wykłady dla pierwszego roku. Zajmie się samorządnością i integracją europejską.

Inspektor Sawicki

Bez pracy długo nie wytrzymał Krzysztof Sawicki. Nie wykorzystał nawet urlopu w okresie wypowiedzenia i od razu ruszył do Wodociągów Białostockich. Po ośmiu latach przerwy przyjęto go tam z otwartymi ramionami.

- Teraz jestem inspektorem nadzoru inwestycyjnego. Sprawdzam stacje uzdatniania wody. Jeżdżę na Pietrasze, do Wasilkowa, Jurowiec. No i oczywiście jestem w Białymstoku – cieszy się były wiceprezydent. – Bardzo lubię tę pracę, więc nie miałem problemu z powrotem.

Długo wymienia zalety pracy w wodociągach. – Pracuję tylko osiem godzin dziennie i mam wolne wszystkie weekendy. W magistracie często się to nie zdarzało – mówi Sawicki. – Teraz dużo czasu spędzam w terenie. Zarobki są może mniejsze, ale żebrać nie trzeba, więc jestem zadowolony.

Dwaj na urlopie

Ryszard Zimnoch na razie nie ma żadnej pracy. Planował, że zostanie dyrektorem V Liceum Ogólnokształcącego w Białymstoku, ale zrezygnował i nawet nie przystąpił do konkursu. Na razie wypoczywa na wypowiedzeniu. Może wróci do szkoły i będzie jak dawniej uczyć historii.

Do końca lutego na wypowiedzeniu i na urlopie jest także Marian Blecharczyk, wiceprezydent, który w ekipie Ryszarda Tura zajmował się rozwojem miasta i inwestycjami. Nieoficjalnie dowiedzieliśmy się, że zamierza otworzyć własny biznes. Sam nie chce jednak o tym mówić.

- Jestem na urlopie, odpoczywam i zastanawiam się – wypowiada niemal jednym tchem. – Mam kilka różnych propozycji, ale jest jeszcze czas na podjęcie decyzji. Na razie więc nie spieszę się.

Autor artykułu: Agnieszka Kaszuba

Łatwiej być Żubrem

January 26th, 2007


Mispol Żubry po dwa punkty jedzie do Sopotu. Rywal Podlasian – Prokom II to ligowy średniak. Rezerwy mistrza Polski w rundzie rewanżowej mają na koncie zwycięstwo i porażkę. Zespół z Sopotu wygrał u siebie z Nowym Dworem Gdańskim i przegrał na wyjeździe z ekipą z Kutna.

Obawy trenera

Trener Marek Kubiak spodziewa się jednak wyrównanego spotkania.

- Prokom to wysoki, młody i ambitny zespół. Swoją grę opierają na walce jeden na jeden. W pierwszym meczu w Białymstoku pokazali się z dobrej strony, mimo że mieli problemy na trasie i dotarli na spotkanie z opóźnieniem. Nie mieli czasu, żeby odpocząć i prosto z autokaru wyszli na parkiet. Nie byli łatwym przeciwnikiem. Nasze doświadczenie zapewniło nam wtedy zwycięstwo – mówi szkoleniowiec białostoczan.

- Rywal jest w naszym zasięgu. Nie lekceważymy żadnego przeciwnika. Do tego spotkania podchodzę jednak z małymi obawami. Wyjeżdżamy w dniu meczu. Warunki atmosferyczne nie są najlepsze. Czeka nas długa i męcząca podróż, ale jestem dobrej myśli – dodaje szkoleniowiec Mispolu Żubrów.

Tur jest na fali

Prawdziwe wyzwanie czeka koszykarzy Tura. Zespół z Bielska Podlaskiego podejmie wicelidera Polonię Warszawa. Podopieczni trenera Andrzeja Sinielnikowa liczą, że uda się im sprawić niespodziankę.

– Jesteśmy na fali. Liczymy na doping naszych kibiców. Bardzo potrzebujemy ich pomocy. Chcielibyśmy ograć Polonię i pomóc w ten sposób Żubrom w awansie do pierwszej ligi – tłumaczy Marek Kowalewicz, kapitan ekipy z Bielska Podlaskiego.

Spotkanie rozpocznie się o godz. 18 w sali SP nr 3 przy ul. Poniatowskiego 9.

PROGRAm 14. KOLEJKI
Sobota:
Tur Bielsk Podlaski – Polonia Warszawa
Novum Bydgoszcz – OSSM Sopot
Pierniki Toruń – KS Piaseczno
Harmattan Gniewkowo – ŻTS Nowy Dwór Gdański
Legia Warszawa – AZS Kutno
Prokom II Sopot – Mispol Żubry Białystok

Autor artykułu: Sylwia Kowalczyk

Emerytura będzie głodowa

January 24th, 2007


Osoby, które zrezygnowałyby z ubezpieczenia w OFE, otrzymywałyby o 10 proc. wyższe wynagrodzenia.

- Jednocześnie nadal płaciłyby składkę do ZUS i miałyby zapewnioną emeryturę – podkreśla Szymon Pawłowski, rzecznik prasowy LPR.

Jego zdaniem, takim rozwiązaniem mogą być zainteresowani zwłaszcza ludzie młodzi, którym do emerytury daleko, pensje mają małe, a potrzeby duże. O odkładaniu na przyszłość mogą pomyśleć za kilka lat, gdy ich sytuacja finansowa poprawi się.

Jednak większość osób obawia się, że system taki na pewno nie sprawdziłby się na dłuższą metę.

- Nie wierzę, że ludzie potrafiliby się zmobilizować i oszczędzać na starość, jeśli nie byłoby takiego przymusu – mówi Michał Ziniewski, prezes Podlaskiego Związku Pracodawców. – Bo większość z nich żyje dniem dzisiejszym.

Jak zauważa, teraz dowolnie kształtować wysokość swoich składek do ZUS-u mogą przedsiębiorcy. I nigdy nie spotkał się z tym, by któryś płacił więcej niż wynosi minimalna stawka.

Do czego mógłby doprowadzić pomysł LPR? Do tego, że w efekcie osoby, które zrezygnowały z II filaru, otrzymałyby miesięcznie nawet tylko 200-300 zł emerytury.
Zwolennikiem tego, by ubezpieczenie w II filarze było dobrowolne, jest Robert Gwiazdowski z Centrum im. Adama Smitha. Ale ma on zupełnie inną koncepcję funkcjonowania systemu emerytalnego.

Autor artykułu: (koci)

Pierwsza klasa z drugiej ręki

January 24th, 2007


Używaną odzież sprzedaje się obecnie z rozmachem, jakiego mogłyby pozazdrościć lumpeksom sklepy branżowe. Drobnych handlarzy wypierają wielkopowierzchniowe centra taniej odzieży oraz ekskluzywne butiki, które do złudzenia przypominają sklepy z nowymi, markowymi ubraniami.

- Klienci mają dziś zasobniejsze portfele, więc są w stanie zapłacić więcej za towar – mówi Joanna Citko (“Szafa Klary”, “Wzorcownia”).

- Stali się też bardziej wymagający. Szukają odzieży wysokiej jakości. Coraz więcej z nich woli “polować” na końcówki kolekcji, na rzeczy oryginalne i markowe.

Po pierwsze: jakość

Wystrój jak w ekskluzywnym butiku: dyskretne oświetlenie, ubrania wyprane, wyprasowane. I żadnych skrzyń! Tak wygląda najnowsza odsłona sklepów z tanią odzieżą.

- Prawie wszyscy w branży handlują tym samym towarem – ubraniami sprowadzanymi z Wielkiej Brytanii – wyjaśnia Dariusz Golonko (“Odzież za grosze”).

- Aby przyciągnąć klienta, inwestuje się w ciekawe wnętrza, tworzy atmosferę butiku.

Po drugie: ilość

Przed kilkoma laty w branży odzieży używanej pojawiły się ogólnopolskie sieci handlowe. Na przykład kolejne nowe sklepy otwiera łapska firma “Gwoździej”. Zazwyczaj jej placówki mają dużą powierzchnię, nieraz są to wielopiętrowe hale.

Obecnie w całym kraju działa 38 sklepów tej marki (w tym trzy w Białymstoku). Są one otwierane przez partnerów, działających na zasadzie franczyzy. Wykładają oni pieniądze na wynajem pomieszczenia i opłacenie miesięcznej stawki franczyzy (tysiąc złotych – przyp. red.). W zamian firma “Gwoździej” zapewnia zaopatrzenie, oferuje doradztwo w prowadzeniu biznesu i daje prawo do używania nazwy. Na podobnych zasadach działa np. sieć restauracji McDonald`s.

“Gwoździej” sprzedaje na dużą skalę, klientów przyciąga głównie ilością towaru.

Po trzecie: znane marki

Typowe ciucholandy coraz częściej kierują się w stronę sklepów typu “outlet” – sprzedających końcówki kolekcji znanych producentów. Sprzedają one nowe ubrania, tańsze o 30 do 70 proc. niż te dostępne w sklepach branżowych.

Ambicje Polaków, by ubierać się w rzeczy z górnej półki, przy jednocześnie niezbyt wysokich zarobkach, tworzą dla sklepów outletowych wielki rynek zbytu. W dużej mierze został on już podzielony między głównych graczy.

Jednym z nich jest poznańska firma “Vabbi”, od dwóch lat obecna w Białymstoku. Oprócz niej, końcówki kolekcji oferują także niektórzy białostoccy handlowcy, którzy wyczuli, że utrzymanie się w branży wymaga pozyskiwania nowych, bardziej wymagających klientów.

Dla kogo?

Sklepy z tanią odzieżą cieszą się gigantycznym powodzeniem. Korzystają z nich praktycznie wszyscy, niezależnie od wieku i zarobków. Różnorodność klienteli jest tak duża, jak różnorodność sklepów.

- “Szafę Klary” odwiedzają głównie wykształcone panie w średnim wieku, często zamożne, które chcą znaleźć ubrania wysokiej jakości za przystępną cenę. Są też kobiety, które szukają np. sukienki uznanej marki, na którą nie byłoby ich stać w normalnym sklepie. Znają one doskonale trendy i wiedzą, co jest na topie.

Do “Wzorcowni” zaglądają głównie ludzie młodzi – licealiści i studenci, zainteresowani ubraniami o nietypowych wzorach – mówi Joanna Citko.

Mniej zamożni klienci szukają ubrań głównie w sklepach sprzedających odzież ze skrzyń. Są to często osoby starsze, emeryci robiący sezonowe zakupy do swoich szaf.

Co można znaleźć?

Głównym atutem ciucholandów nadal pozostaje cena. Sukienka za 20 złotych lub marynarka za 25 zł to okazja, na jaką nigdy nie trafimy w sklepie z nowymi ubraniami. Dla klientów liczy się także niepowtarzalność wzorów oraz to, że mogą sobie pozwolić na kupno markowej bluzy czy spodni za zaledwie ułamek ceny.

Niektórzy odwiedzają lumpeksy, gdyż w sklepach branżowych nie mogą trafić na rzeczy w odpowiednim rozmiarze.

Niewielkie pieniądze, jakie trzeba wyłożyć, by otworzyć własny sklep z tanią odzieżą, zachęcają do spróbowania swych sił w tym biznesie. Od momentu wejścia do Unii nie trzeba także koncesji na sprowadzanie używanej odzieży. Stąd bierze się ostra konkurencja, wymuszająca zmiany.

A jest o co walczyć – klienci lumpeksów są liczeni w milionach.

Autor artykułu: Michał Franczak

Zawodówki nie mogą zniknąć

January 24th, 2007


Murarz, rzeźnik, cukiernik – tych fachowców najbardziej brakuje na naszym rynku pracy. Nie ma ich, bo młodzież wybiera licea profilowane zamiast zawodówek.

- To jest największy dramat polskiego szkolnictwa. Gimnazjaliści, którzy nie uzyskują odpowiedniej ilości punktów, żeby kształcić się w ogólniakach, idą do szkół profilowanych, które przygotowują do matury, ale nie uczą żadnego zawodu.

Tracą na tym wszyscy: i rynek, i sami uczniowie – przypomina Józef Hordejuk, dyrektor Izby Rzemieślniczej i Przedsiębiorczości w Białymstoku.

Problem widzą też nauczyciele.

- Odchodzenie od szkół zawodowych nie było najlepszym wyjściem. Wielu uczniów nie radzi sobie z przyswajaniem wiedzy. Z korzyścią dla nich byłoby, gdyby od razu po gimnazjum uczyli się konkretnego zawodu – podkreśla Alfred Komar, dyrektor gimnazjum przy ul. Antoniuk Fabryczny.

Niestety, często rodzice mają zbyt wysokie ambicje.

- Nawet nie wyobrażają sobie, by ich dziecko mogło chodzić do zawodówki. Musi być matura. Rzeczywistość jest taka, że wielu uczniów liceów profilowanych egzaminu nie zdaje – przypomina Jędrzej Łucyk, dyrektor Zespołu Szkół Mechanicznych.

- Poza tym uczeń, który kończy zawodówkę, może kontynuować naukę i zrobić maturę – przypomina.

- Myślę, że dobrym pomysłem byłoby ustalenie dolnej granicy punktów z egzaminu gimnazjalnego, która od razu kierowałaby uczniów do szkół zawodowych.

Gimnazjaliści, którzy chcieliby uczyć się w szkołach średnich, od początku musieliby przykładać się do nauki – uważa Jan Szczęsny, zastępca naczelnika wydziału edukacji urzędu miejskiego.

Ministerstwo edukacji nie myśli na razie o likwidacji liceów profilowanych i rozwoju zawodówek.

- Trwają tylko rozmowy z nauczycielami, którzy zwracają uwagę na ten problem. Jednak na razie nie przygotowujemy rozwiązań systemowych – mówi Aneta Woźniak, rzecznik MEN-u.

Autor artykułu: (mg)

Za światło płaci się raz

January 22nd, 2007


Mieszkańcy bloków komunalnych, zarządzanych przez wspólnoty, nie muszą już płacić podwójnie za oświetlenie w piwnicach. Po tym jak jedna ze wspólnot zarzuciła ZMK oszustwo, zarząd zmienił zasady naliczania opłat.

Sprawa ciągnęła się ponad rok. Spór prawny z zarządem zaczęli lokatorzy ze wspólnoty mieszkaniowej przy ul. Bema 89b – zarząd wspólnoty złożył w prokuraturze doniesienie o popełnieniu przestępstwa przez dyrektora ZMK Wiktora Klatkowskiego. Oskarżył też prezydenta Ryszarda Tura o niedopełnienie obowiązków – o brak nadzoru nad dyrekcją ZMK.

Dwie opłaty za to samo

Jak – według lokatorów – wyglądał mechanizm naciągania? Gdy blokiem zarządza wspólnota, to ona płaci za prąd białostockiemu zakładowi energetycznemu. Także za ten, który idzie na wspólne potrzeby lokatorów – na oświetlenie klatek schodowych, wejść do budynków a także piwnic. Wspólnota rozlicza wszystkie opłaty.

A dodatkowo od lokatorów, którzy mają zamontowane światło w piwnicy ZMK pobierał około dwóch złotych miesięcznie. Faktycznie była to opłata za prąd, za który lokatorzy już raz zapłacili. Wspólnota z Bema 89b oceniła, że ZMK od kwietnia 2001 do grudnia 2005 wyłudził od lokatorów bloku 5,2 tys. zł. W przypadku całego miasta to 100 tys. zł rocznie!

Jak sprawę wyjaśniał ZMK? Opłata była pobierana, by było sprawiedliwie! – Gdybyśmy nie pobierali, lokatorzy, którzy nie mają światła, mogliby poczuć się poszkodowani – tak rok temu argumentował Jerzy Aponowicz, kierownik działu eksploatacji w ZMK.

(Nie)tykalny dyrektor

Cała dokumentacja udowadniająca pobieranie podwójnej opłaty trafiła do prokuratury. Ta wszczęła śledztwo, by po kilku miesiącach je umorzyć. Ale nie dlatego, że nie było podwójnego pobierania opłat. Okazało się, że przepisy nie pozwalają na ukaranie za to dyrektora ZMK. Jednak jedną z pierwszych decyzji nowego prezydenta Białegostoku było zwolnienie z pracy Klatkowskiego.

Koniec wojny z lokatorami

Nowe władze ZMK zlikwidowały opłaty za światło w piwnicach we wszystkich budynkach zarządzanych przez wspólnoty. Mieszkańcy zapłacą za światło raz, w czynszu.

- Dokładnie przeanalizowaliśmy sprawę. Postanowiliśmy skończyć ten spór i pójść na kompromis z lokatorami – mówi Eugeniusz Zysk, pełniący obowiązki dyrektora ZMK. Wspólnoty dostały już zawiadomienie od zarządu, mówiące o tym, że odstępuje on od pobierania dodatkowej opłaty.

Na razie nie wiadomo, czy lokatorzy będą starali się o zwrot pieniędzy niesłusznie pobranych w ostatnich latach.

Autor artykułu: (tż)

Boją się o dzieci

January 22nd, 2007


– Tam jest po prostu ciemno. Niby są latarnie, ale nie działają jak trzeba. Żarówki często są przepalone – skarżą się nasi Czytelnicy i proszą o interwencję.

Samych dzieci nie puszczają

Rodzice, którzy nie pracują, są zmuszeni codziennie odbierać dzieci ze szkoły i odprowadzać na zajęcia pozalekcyjne do klubu.

– Gorzej mają ci, którzy mieszkają dalej. Do końca zajęć muszą czekać w klubie, albo iść gdzieś do sklepu, bo nie opłaca się wracać – mówią. – Gdyby tutaj było dobre oświetlenie, dzieci same by wracały.

Niestety, jest ciemno i nie mogą.

Halina Trzasko, kierowniczka klubu Kalina zapewnia, że jak tylko zauważy jakiś problem z oświetleniem przy ulicy Kalinowej, zwraca uwagę administracji. – Ja z klubu wychodzę jako ostatnia – dodaje. – I dlatego widzę wszystko, co się tutaj dzieje.

Zajmiemy się tym!

Jan Nikonowicz, kierownik administracji Dziesięciny I potwierdza, że problem nie jest mu obcy.

– Już o tym słyszałem – mówi. – Niestety na Kalinowej są trudności z dostaniem się do latarni.

Okazuje się, że pod klub Kalina nie może podjechać samochód z podnośnikiem. Przez to nie da się spokojnie wymienić żarówek.

– Ale skoro jest tam ciemno, spróbujemy zrobić to „po partyzancku” – obiecuje Jan Nikonowicz. – Jak nie da się tam dojechać samochodem, trzeba będzie wykorzystać drabinę. Wyślę pracowników, żeby to sprawdzili. Niedługo sytuacja powinna tam się poprawić – zapewnia.

Autor artykułu: (pr)

Słoneczny Stok w oku kamery

January 22nd, 2007


Odrapane klatki schodowe, przeciekające stropy, elewacje w graffiti, place zabaw zagrażające dzieciom – takie obrazy można zobaczyć na zdjęciach i filmach, które mieszkańcy Słonecznego Stoku postanowili zamieszczać na stronie internetowej stowarzyszenia Nasze Osiedle. Po co? – Chcemy postawić zarząd spółdzielni pod pręgierzem opinii publicznej i zmusić do remontów. Już teraz widzimy dobroczynne skutki tej akcji – wyjaśniają mieszkańcy.

Widać jak na dłoni

Na stronie: www.slonecznystok.pl zgromadzono już 240 fotografii, a od niedawna w Internecie można też zobaczyć kilka filmów o fatalnym stanie pawilonu handlowego przy ul. Upalnej.

- Spółdzielnia ignoruje nasze pisemne prośby o prace remontowe. Dlatego zachęcamy wszystkich mieszkańców, by zamieszczali swoje zdjęcia i filmy na naszej stronie internetowej – mówi Stanisław Bartnik ze stowarzyszenia Nasze Osiedle. – Być może taka publikacja przyciśnie spółdzielnię do muru. Widzimy już pierwsze efekty, bo po zamieszczeniu filmu, szybko pojawili się konserwatorzy, którzy, co prawda niechlujnie, ale naprawili schody.

Pomysł stowarzyszenia spodobał się innym lokatorom.

- Dzięki takim obrazkom widać jak na dłoni, co dzieje się na osiedlu. W jakim tempie coś się zmienia, czy pieniądze są inwestowane w nasze bloki, czy rozchodzą się na jakieś inne wydatki – ocenia pani Katarzyna, mieszkanka bloku przy ul. Magnoliowej.

- Tym w spółdzielni to się wydaje, że nikt nic nie widzi, a zdjęcia pokazują, jak wygląda szara, odrapana rzeczywistość naszych bloków – dodaje pan Paweł z ulicy Upalnej.

Mieszkańcy innych spółdzielni także pochwalają inicjatywę Naszego Osiedla.

- Sam chętnie chwyciłbym za aparat i pokazał swój blok, gdzie elewacja nie widziała farby już kilkanaście lat. Ale czy to coś da? – zastanawia się Tomasz Wiśniewski, mieszkaniec bloku należącego do spółdzielni Rodzina Kolejowa.

Filmów nie oglądam

Jerzy Cywoniuk, prezes spółdzielni Słoneczny Stok twierdzi, że zdjęcia i filmy nie robią na nim żadnego wrażenia, bo ich… nie widział.

- Nie mam zamiaru oglądać tych filmów i strony internetowej. A drzwi spółdzielni zawsze stoją otworem na zgłoszenia mieszkańców. Jeśli coś wymaga remontu, to w swoim czasie naprawimy – ucina prezes.

Autor artykułu: Monika Kosz-Koszewska

Rozpracowana Nafta

January 19th, 2007


Podlasianki przed sezonem czterokrotnie zmierzyły się z Naftą-Gaz w Pucharze Polski. Trzykrotnie górą były rywalki, raz triumfowały akademiczki.

- Od tamtego czasu dużo się zmieniło w grze obu zespołów. Pamiętam, że drużyna z Piły była mało zgrana, popełniała masę błędów. Jak widać po miejscu w tabeli, mocno poszła do przodu. Moim zdaniem stać nas jednak na wygraną. Wszystko zależy od koncentracji, a jak pokazał ostatni mecz z Muszynianką Muszyna, różnie z tym bywa – ocenia Koczorowska.

Rady środkowej

Jaki jest sposób na pokonanie wicemistrzyń Polski?

- Musimy jak najlepiej zagrać blokiem, żeby zatrzymać ich szybkie atakujące. Nie bez znaczenia będzie też mocna zagrywka. Myślę, że po obejrzeniu kaset z ich meczami będziemy mieli na tyle dużo informacji, żeby dobrze rozpracować Naftę-Gaz – dodaje Koczorowska.

Powrót po zwycięstwo

Walkę o kolejną wygraną zapowiadają siatkarki z Piły. Podopieczne Jerzego Matlaka, jeśli chcą utrzymać kontakt z czołową dwójką LSK, muszą pokonać podlaską ekipę.

- Od czasu meczów pucharowych trochę się w Białymstoku zmieniło. Jest nowy trener, inna taktyka, jeszcze nie wiem, czy lepsza. Ważne będzie wyłączenie z gry Sylwii Pyci i dobre czytanie zamiarów rozgrywających. Na pewno na wysokim poziomie zagra też Asia Szeszko. Mam nadzieję, że będę miała udział w sukcesie mojej drużyny. Na razie tylko oglądam mecze z ławki – mówi Anna Manikowska, rozgrywająca ekipy gości, która ma za sobą występy w białostockiej drużynie.

Autor artykułu: Adam Gruberski

Polmos pnie się w górę

January 19th, 2007


Kolejny raz właściciel Polmosu Białystok podejmuje próbę wyprowadzenia spółki z giełdy. Żeby to zrobić, musi mieć większy pakiet akcji niż obecne 68,83 procenta. Ogłosił więc w środę, że będzie je kupował od akcjonariuszy mniejszościowych po 103 złote za akcję.

Skutek był natychmiastowy – wartość walorów Polmosu poszybowała natychmiast do góry, osiągając rekordowy pułap 102 złotych. To o 7,5 złotego więcej od średniej ceny z ostatnich 10 dni, a aż o 15,4 zł więcej od średniej ceny z półrocza.

Osoby, które mają akcje Polmosu i chcą je sprzedać za cenę 103 złotych, mogą to zadeklarować od 26 stycznia do 8 lutego włącznie.

Central European Distribution Corporation chce kupić 24,32 procenta akcji Polmosu, dzięki czemu miałaby ich 93,14 procenta. Pozostałe są “zamrożone”, bo należą się pracownikom. A ci będą je mogli sprzedawać dopiero w maju tego roku.

Gdyby wezwanie do sprzedaży powiodło się na taką skalę jak zakłada CEDC, firma wycofałaby Polmos z warszawskiej giełdy, na którą sama weszła w grudniu 2006 roku. Od tego czasu notowane są równolegle: i CEDC (w skład którego Polmos wchodzi) i sam Polmos.

Poprzednie dwa wezwania do sprzedaży akcji nie skończyły się sukcesem – ani cena 85,25 zł, ani 91 zł nie zachęcały akcjonariuszy do pozbycia się akcji Polmosu, mimo że były większe od ówczesnych średnich notowań. CEDC zwiększyło wtedy swój stan posiadania tylko o około 3 procent. Czy tym razem zamiar się powiedzie?

Akcjonariusze wiedzą, że właścicielowi zależy na akcjach, a jednocześnie cena 103 zł za akcję jest nadal niższa od tej płaconej Skarbowi Państwa przez CEDC za kontrolny pakiet Polmosu w 2005 roku. Wynosiła ona wtedy 146,5 zł za jedną akcję.

Wczoraj na zamknięciu sesji za akcję Polmosu płacono 101,80 zł.

Autor artykułu: (peż)