Łańcuszek się rozrywa

January 19th, 2007


Kurier Poranny: Powiedzmy, że mam 55 lat, jestem całkowicie zdolna do pracy, ale chcę przejść na wcześniejszą emeryturę. Dlaczego nie powinnam tego robić?

Robert Gwiazdowski: A dlaczego chce pani na tę emeryturę przejść? Wygrała pani mnóstwo pieniędzy?

Nie, powiedzmy, że po prostu nie chce mi się już dłużej pracować.

- No to w takim razie mam nadzieję, że dobrze zabezpieczyła pani finansowo swoje dzieci na przyszłość. Jeśli bowiem więcej osób pomyśli tak, jak pani, to nie wiem, co się stanie z tymi dziećmi, kiedy przejdą na emeryturę. Jak pani myśli, czego obywatele polscy oczekują po zakończeniu kariery?

Tego, że co miesiąc będą dostawać emeryturę, za którą spokojnie będą sobie żyć.

- I tak właśnie myśli większość społeczeństwa. Ale się myli, bo w naszym kraju to wcale nie jest takie pewne. Wszystko przez tak zwany system emerytalny. Czy pani wie, skąd biorą się pieniądze na te świadczenia? Tak się składa, że na renty i emerytury tych, którzy zakończyli karierę, zrzucają się obowiązkowo wszyscy ci, którzy obecnie pracują – ich dzieci, ale też pani i ja. Pieniądze, które napływają do ZUS w postaci składek odciąganych z naszych pensji, są wydawane na bieżąco.

Natomiast na nasze emerytury składać się będą nasze dzieci i tak dalej. Ktoś, niestety, dał kiedyś Polakom złudne wrażenie, że to oni sami składają się na swoje zabezpieczenie na starość.

Tymczasem jest to trochę taki łańcuszek św. Antoniego. Do funkcjonowania potrzebuje on ciągłego napływu nowych ludzi, którzy będą dorzucać do systemu swoje pieniądze. I tu pojawia się duży problem, bo tych ludzi zaczyna brakować.

Bo rodzi się coraz mniej dzieci?

- Też. Wszystkie prognozy demograficzne mówią o wielkim problemie, jaki nas czeka już wkrótce. Żeby w społeczeństwie dokonywało się tzw. odtwarzanie pokoleniowe, każda rodzina powinna mieć ponad dwójkę dzieci. A proszę mi powiedzieć, kogo dzisiaj stać na wychowywanie trojga czy czworga potomków?

To naprawdę duża sztuka przy polskich realiach i naszych zarobkach. Zwłaszcza te ostatnie pozostawiają wiele do życzenia. Gdyby jeszcze państwo nie pobierało prawie połowy naszej pensji na podatki, składki na ZUS, itp…

Do tego dochodzi jeszcze jeden duży problem – emigracja polskich pracowników.

To po co ktoś stworzył tak wadliwy system?

- Reforma systemu była potrzebna, ale jej założenia okazały się bardzo krótkowzroczne. Kilka lat temu nikt nie mógł przewidzieć, iż tyle osób wyemigruje po wejściu Polski do Unii Europejskiej. Inaczej łańcuszek mógłby jakoś działać.

Tymczasem okazało się, że nasi pracownicy zostali bardzo chętnie przyjęci na przykład w Wielkiej Brytanii. Państwa unijne borykają się bowiem z takim samym problemem demograficznym, jak my. Tylko że one mogą zaoferować Polakom lepsze wynagrodzenie niż rodzinny kraj i korzystają na tym. Nasi obywatele płacą składki na emerytury za granicą, a polski system zaczyna się sypać.

Jeśli więc nic się nie zmieni, to z czego będzie wypłacana moja emerytura?

- Nadal z tego, co wpłynie do krajowej skarbonki. Tyle że będzie to mniej pieniędzy.

Za kilkanaście lat dostanie pani nie 75 procent, ale około połowy swojej ostatniej pensji. Przejście na emeryturę nie będzie się opłacało, bo spadnie pani poziom życia. Straci na tym też cała gospodarka, bo coraz mniej osób będzie pracowało na rozwój kraju. Oczywiście są jeszcze pieniądze z tak zwanego II filaru, czyli z otwartych funduszy emerytalnych, ale ministerstwo pracy chce, żeby wypłacał je ZUS. Tymczasem nie wiadomo nadal, na jakich zasadach miałoby się to odbywać.

Co więc należałoby zrobić z tym fantem?

- Na przykład zmusić obywateli do rodzenia dzieci, żeby miał na nas kto pracować.

Ale tego nie da się załatwić ustawą.

- Zgadza się. Trzeba by stworzyć warunki życia, które sprzyjałyby zakładaniu i powiększaniu rodzin, czyli na przykład zapewnić wyższe zarobki i obniżyć koszty pracy w postaci podatków i składek na ubezpieczenie.

Do tego przydałoby się jeszcze wydłużenie wieku emerytalnego?

- Jak najbardziej. Obecnie osoba w wieku 55 lat może w naszym kraju przestać pracować i przez następne, powiedzmy dwadzieścia lat, pozostawać na utrzymaniu państwa, czyli nas wszystkich. Do tego dochodzą wywalczone przywileje branżowe, czyli wcześniejsze emerytury górników, nauczycieli itd. Ktoś za to wszystko musi zapłacić, a emerytów przybywa i będzie przybywać.

Gdyby natomiast więcej osób zostało na rynku pracy, to skorzystaliby na tym wszyscy – gospodarka rozwijałaby się, a system emerytalny byłby nadal zasilany pieniędzmi. Pozytywne zmiany odczuliby też sami obywatele.

Dłuższa aktywność zawodowa to dla pracowników same zalety. Pracujący będą bowiem zawsze w lepszej sytuacji finansowej niż emeryci. Będą też mogli dłużej odkładać pieniądze na swoje przyszłe świadczenia i poczują się docenieni, jeśli będą mogli nadal spełniać się zawodowo.

Odgórne wydłużenie wieku emerytalnego może jednak nie załatwić sprawy, bo nie wiadomo, czy starsze osoby będą chętnie zatrudniane przez pracodawców.

- Zapewniam, że tego nie należy się obawiać. Na polskim rynku już zaczynają się bowiem dziać niespotykane rzeczy. Otóż osoby po czterdziestce są coraz chętniej przyjmowane do pracy.

Dlaczego? Bo to się przedsiębiorcom po prostu opłaca. Starszy pracownik nie opuści tak chętnie firmy jak młodszy, żeby wyjechać za granicę, więc można sobie pozwolić na zainwestowanie w jego przeszkolenie. Natomiast kobieta nie zajdzie w ciążę i nie pójdzie na urlop macierzyński czy wychowawczy, zostawiając pracę. Nie do przecenienia jest doświadczenie takich osób.

Teraz przydałoby się jeszcze, żeby korzyści z wydłużenia wieku emerytalnego dostrzegli ci, którzy tworzą polskie prawo.

Dziękuję za rozmowę.

Autor artykułu:

Firmy liczą zyski

January 18th, 2007


Ubiegły rok podlascy przedsiębiorcy zaliczą do udanych. Najważniejsze wskaźniki ekonomiczne – przychody, zyski – są lepsze niż w 2005 roku. Dzięki temu przynajmniej wiele firm zainwestowało w rozwój, a co najważniejsze, zwiększyły produkcję i zatrudnienie. Mamy już pierwsze wyniki finansowe niektórych największych podlaskich firm.

Handel ma się dobrze

- To rok wzrostu zysków i przychodów firmy – mówi Piotr Laskowski, prezes Grupy Kapitałowej BOS i członek zarządu giełdowej Grupy Eldorado, z którą BOS połączył się w grudniu 2006 roku. – Jednak wymogi Giełdy Papierów Wartościowych nie pozwalają nam na podanie tych kwot do wiadomości publicznej, zanim nie opublikujemy komunikatów dla akcjonariuszy.

Przypomnijmy, połączenie BOS-a z lubelskim Eldorado oznacza, że jest to obecnie największa polska spółka handlowa w kraju.

Białostocka PSS “Społem” podała, że w ubiegłym roku osiągnęła przychód netto ze sprzedaży na poziomie 303 mln zł i był on o dwa procent większy niż przed rokiem.

- Przewidujemy, że w 2006 roku osiągnęliśmy zysk na poziomie 4 mln zł – powiedziała nam Krystyna Sosińska, prezes PSS “Społem” Białystok. – Jest to wzrost o ponad 700 tys. zł. Niestety, zmniejszyliśmy zatrudnienie o dwa procent (według naszych wyliczeń to około 35 osób – przyp. red.). Dlatego że zlikwidowaliśmy placówki, które nie przynosiły nam dochodu.

Mleczny biznes

Grupa Kapitałowa Mlekovita z Wysokiego Mazowieckiego też się cieszy. – Dla nas miniony rok był bardzo dobry – twierdzi Dariusz Sapiński, prezes Mlekovity.

- Dobre efekty dało zainwestowanie w rozwój firmy w 2005 roku prawie 100 mln zł. Rynek świetnie przyjął nasze nowe produkty: Freskovitę i Polskie.

Pozwoliło to Mlekovicie na zatrudnienie kolejnych 60 osób (załoga to prawie 1000 pracowników). Ale dokładne podsumowania finansowe będą pod koniec kwartału.
Zatrudnienie wzrosło także w Spółdzielni Obrotu Towarowego Przemysłu Mleczarskiego. Jak nam powiedział prezes Kazimierz Jankowski, teraz w firmie pracuje o trzy procent więcej osób niż w 2005 roku. SOT również zalicza ubiegły rok do udanych. Zysk netto nie zmienił się, ale przychody netto wzrosły o pięć procent, do rekordowego poziomu prawie 458 mln zł.

Polmos liczy zyski

Także z powodu obecności na giełdzie nie może jeszcze podać swoich wyników Polmos Białystok. Ale – jak podliczyliśmy z wcześniejszych komunikatów spółki na GPW – wyniki pierwszych trzech kwartałów roku 2006 były lepsze niż w roku 2005 – w przypadku przychodów netto o 3 mln 808 tys. zł, a w przypadku zysków – o 6 mln 564 tys. zł.

Jak mówi prezes Henryk Wnorowski, to oznaka wzrostu udziałów firmy w rynku spirytusowym. A – jak wynika z analiz – Polacy porzucają napoje wysokoprocentowe na rzecz innych trunków.

W energetyce także lepiej

Wydawać by się mogło, że producenci ciepła i energii elektrycznej będą narzekać na zeszły rok, bo zima jest lekka. Nic bardziej mylnego.

- Zarówno przychody, jak i zyski, są wyższe niż w 2005 roku – zapewnia Andrzej Schroeder, prezes ECB. – Udało nam się to osiagnąć głównie dzięki zmniejszeniu kosztów produkcji.

Autor artykułu: (peż, mf, row)

Tylko po rosyjsku!

January 18th, 2007


Moja żona jest Białorusinką i chce kontaktować się z rodziną, dlatego potrzebujemy telefonu z menu po polsku i możliwością wysyłania SMS-ów w cyrylicy – opowiada Grzegorz Tarasik. W ubiegłym tygodniu wybrał się po aparat do salonu Orange przy ul. Lipowej.

- Od razu zaznaczyłem sprzedawcy, że nie potrzebuję gadżetów typu aparat cyfrowy. Chciałem po prostu, by telefon miał funkcje w dwóch językach – opowiada mężczyzna.

- Sprzedawca zaproponował mi telefon Nokia, ale zadzwonił jeszcze do serwisu tej firmy, by upewnić się, czy jest możliwość wprowadzenia cyrylicy. Po konsultacji powiedział, że nie ma sprawy, trzeba jedynie dopłacić 50 zł za wbudowanie specjalnego programu – pan Grzegorz zgodził się na tę propozycję.

- Wypełniłem wszystkie formalności. Za aparat zapłaciłem prawie 200 zł i zobowiązałem się przez trzy lata kupować karty doładowujące. Potem pojechałem do salonu Nokii przy Legionowej. I okazało się, że nie ma takiego programu, który jednocześnie obsługuje te dwa języki. Razem z cyrylicą może być np. język kazachski, ale nie polski!

Czytelnik po kilku minutach wrócił do salonu Orange. Miał nadzieję, że wymieni telefon.

- Sprzedawca jeszcze raz zadzwonił do serwisu i potwierdziła się moja wersja. Ale usłyszałem, że umowa jest już podpisana i telefon mogę sprzedać, np. w komisie! – oburza się pan Grzegorz.

Sprzedawca się broni. – Klient powiedział, że chce mieć język rosyjski w telefonie, a nie dodatkowo rosyjski, a to ogromna różnica. Salon Nokii potwierdził, że jest taka możliwość, więc sprzedałem aparat. Produkt jest sprawny. Nie widzimy tu naszej winy – tłumaczy się Łukasz Chlebowicz z salonu Orange. Potwierdza jednak, że nie poinformował od razu Tarasika o braku polskiego menu.

Czy nasz Czytelnik będzie mógł odstąpić od umowy i oddać telefon? – Prawdopodobnie tak – mówi Chlebowicz.

Pracownicy inspekcji handlowej wątpliwości nie mają: – Klient ma prawo do reklamacji z uwagi na niezgodność towaru z umową, nawet ustną – wyjaśnia Leszek Mironiuk z inspekcji handlowej.

Autor artykułu: Monika Kosz-Koszewska

Wszyscy ratowali

January 18th, 2007


Całe szczęście, że ogień w porę zauważył kierowca, który jechał właśnie do Białegostoku. Podjechał pod budynek straży i włączył alarm – mówią podekscytowani mieszkańcy Złotorii. – Dzięki temu na miejscu zaraz byli nasi strażacy z Ochotniczej Straży Pożarnej.

Było to we wtorek, tuż przed godz. 20. Jak mówi młodszy brygadier Jan Rabiczko z Komendy Miejskiej Państwowej Straży Pożarnej w Białymstoku, dzięki szybkiej akcji ich kolegów z OSP w Złotorii i Choroszczy straty wynoszą “tylko” 70 tysięcy złotych. – Gdyby nie oni, to byłyby znacznie większe.

Strażakom udało się uratować wyposażenie znajdujących się na poddaszu pracowni komputerowej oraz biblioteki, w której było około pięciu tysięcy książek.
Dyrektor szkoły Dorota Stępień jest wzruszona ofiarnością mieszkańców. Niektórzy byli przy akcji ratunkowej do piątej nad ranem – wtedy sprzed szkoły odjechały ostatnie samochody strażackie.

- W nocy pomagało nam mnóstwo osób. Muszę im naprawdę mocno podziękować.
Stefan Bielski, zastępca burmistrza w Chroszczy, zapowiada, że gmina postara się jak najszybciej naprawić szkody. – To będą pracowite ferie. Trzeba będzie naprawić nie tylko więźbę dachową, ale i tynki w pomieszczeniach, które zalane zostały wodą – mówi Bielski. – Na szczęście budynek był ubezpieczony.

Policjanci mówią, że na razie trudno mówić o przyczynach pożaru.

- Będziemy brać pod uwagę różne warianty – przyznaje Jacek Dobrzyński, rzecznik prasowy Komendy Wojewódzkiej Policji. – Jeden z nich to awaria instalacji elektrycznej, drugi – podpalenie.

Nieświadomego podpalenia nie wykluczają też strażacy. – W szkole prowadzone były prace remontowe. We wtorek robotnicy układali tam papę, może któryś z nich zaprószył ogień?

Autor artykułu: Andrzej Kłopotowski

Tylko bezpłatnie!

January 16th, 2007


Po naszym artykule na temat płatnych zajęć dodatkowych dla przyszłych maturzystów w XI LO, na forum internetowym “Porannego” rozgorzała dyskusja – czy uczniowie powinni płacić za fakultety?

Wielu nie widzi nic złego w niewielkich opłatach za dodatkowe zajęcia, szczególnie że ich cena równa się jednej godzinie korepetycji. – Matura kosztuje – przypominają. Inni są oburzeni ściąganiem pieniędzy od uczniów.

- Mam dwie córki. W XI LO uczy się jedna z nich. Ponoszę te wszystkie opłaty z tchórzostwa, bo taki rytm narzucił obecny dyrektor. Komitet w tej szkole jest obowiązkowy – opowiada jedna z mam.

Kuratorium oświaty podtrzymuje swoje stanowisko. – Nie krytykujemy intencji szkoły, która na prośbę uczniów i rodziców chciała pomóc przyszłym maturzystom. I może organizować zajęcia dodatkowe, ale nie za dodatkowe pieniądze. Bo to stwarza sytuację, że ci biedniejsi mogą być gorzej przygotowani do matury – podkreśla Ryszard Pszczółkowski z kuratorium oświaty.

Przypomina, że szkoły średnie mają wiele możliwości prowadzenia dodatkowych kursów dla maturzystów. Nie trzeba pobierać pieniędzy od uczniów, a jednocześnie można płacić nauczycielom.

- Każdy dyrektor dostaje pulę pieniędzy na zajęcia pozalekcyjne. Część można przeznaczyć na zajęcia dodatkowe dla maturzystów. Są też do dyspozycji tzw. godziny dyrektorskie. W wielu liceach tworzy się dzięki nim lekcje międzywydziałowe, na które chodzą uczniowie z różnych klas – podpowiada Pszczółkowski.

O dodatkowe zajęcia może też się postarać rada rodziców. – Mogą być finansowane z dobrowolnych składek na komitet albo z darowizny. Byle nie była to kieszeń uczniów – dodaje przedstawiciel kuratorium.

Autor artykułu: Marta Gawina

Pokonał zakład

January 16th, 2007


Zakład energetyczny to ostatni bastion monopolu, z którym trzeba walczyć. Pacjenci wygrywają już z lekarzami, którzy źle przeprowadzają operacje, kierowcy – z drogowcami, na których drogach łamie się zawieszenie auta. Można też wygrać z zakładem energetycznym – mówi Andrzej Kamieński, mąż właścicielki sklepu, który reprezentował żonę w sądzie.

Wszystko przez burzę

Proces po letniej burzy z wichurą. Rozszalała się ona 18 sierpnia ubiegłego roku nad Białymstokiem i okolicami. Uszkodzonych zostało wiele linii energetycznych. Bez prądu było mnóstwo domów, w tym w miejscowości Ciasne. Właśnie tu żona Andrzeja Kamieńskiego – Irena – ma sklep spożywczo-przemysłowy.

Prądu w Ciasnem nie było od około godz. 18.30 do 21.45 dnia następnego. Mrożonki w zamrażarkach w sklepie Ireny Kamieńskiej rozmroziły się, zaczęły też psuć się wędliny w lodówkach. I o zwrot pieniędzy za nie walczyła w sądzie. Obliczyła, że warte one były 1,5 tysiąca zł.

Zakład: Nie nasza wina

Zakład energetyczny nie chciał nic płacić. Pełnomocnik tłumaczył w sądzie, że przedsiębiorstwo nie ponosi winy za brak prądu – awaria spowodowana była tzw. siłą wyższą.

Jednak sąd miał inne zdanie. – Burza i silna wichura mogą być uznana za siłę wyższą, ale tylko w przypadku, gdyby miały nadzwyczajny charakter i rozmiar – podkreśliła sędzia Katarzyna Dąbrowska-Doroszczyk.

Burza w sierpniu według sądu nie była niczym nadzwyczajnym. Zakład energetyczny powinien sobie poradzić z usunięciem jej skutków. Okazało się też, że awarie na tej linii zdarzały się wcześniej, nie była ona odpowiednio zabezpieczona.

Zwycięstwo tylko częściowe

Właścicielka sklepu chciała też, aby zakład energetyczny zwrócił jej utarg, którego nie miała przez brak prądu. Ale sąd uznał, że za słabo udokumentowała swoją stratę.

Wyrok nie jest prawomocny.

Autor artykułu: Marta Romańczuk

Łapówka bez szkody

January 16th, 2007


Andrzej M. po ogłoszeniu wyroku nie krył radości, a jednocześnie oburzenia całą sprawę.

- Siedemnaście razy musiałem przychodzić do sądu, po to, żeby umorzono sprawę – mówił po ogłoszeniu wyroku. – Przez to wszystko straciłem pracę, którą bardzo lubiłem i wykonywałem bardzo rzetelnie. Teraz nie wiem, co będę robił. Muszę trochę odpocząć po tym wszystkim. Read the rest of this entry »

Czy esbek żałuje?

January 13th, 2007


Zajmowałem się sprawami przemysłu w województwie. A potem dołożyli nam rozpracowywanie opozycji w zakładach – mówi Anatol Antończyk, który od 1979 do 1986 kierował wydziałem V Służby Bezpieczeństwa w Białymstoku.

Dzisiaj Antończyk żyje w dwupokojowym, schludnym mieszkaniu na ostatnim piętrze w bloku w centrum Białegostoku. Od sąsiadów nigdy nie usłyszał słowa wymówki, że był w SB. Normalnie witają się, rozmawiają. Żaden opozycjonista nie napluł mu w twarz.

A niech sobie biorą

Kiedy go odwiedzamy, Antończyk ogląda telewizję. – Na Sejm patrzę. Kaczyńscy się mszczą – komentuje. – Emerytury chcą nam zabrać, a niech sobie biorą. Chociaż to niezgodne jest z konstytucją. Na pewno nie dostaną tych pieniędzy opozycjoniści. Przez 18 lat nikt się nimi nie zajmował, a teraz nagle… Nie wierzę.

Ppłk Antończyk skończył Technikum Mechaniczne w Białymstoku i wstąpił do SB. W tym czasie studiował i został inżynierem na Politechnice Białostockiej. Dokładnie 13 grudnia 1981 roku, kiedy wybuchł stan wojenny, trafił do szpitala z zawałem. Do pracy wrócił po pół roku.

W Instytucie Pamięci Narodowej zachowały się raporty z 1982 roku, w których ponagla funkcjonariuszy, aby ścigali opozycjonistów, domaga się pilniejszego prowadzenia teczek, lepszych kontaktów z agentami oraz raporty o rozpracowywaniu Solidarności.

Działaliśmy legalnie

Potem wyjechał na dwa lata do Rosji, budował gazociąg. Wrócił do pracy w białostockiej komendzie MO. Kiedy zaczęła się weryfikacja funkcjonariuszy, przeszedł w stan spoczynku. Miesięcznie dostaje około 1800 złotych emerytury.

- Ubolewam, że traktuje się nas teraz jak najgorszych, takie ostatnie szuje. SB nazywa się organizacją przestępczą. Niby dlaczego? – dziwi się ppłk. – Przecież działała legalnie w państwie, które uznawał cały świat. A etyka i zasady, jakie panowały w moim wydziale, mogłyby być wzorem dzisiaj – uważa Antończyk.

Jego piękne lata

Nie ma sobie nic do zarzucenia i bagatelizuje bohaterstwo Solidarności w naszym regionie. – Nic złego nie robiłem. A jeżeli ktoś uważa, że mu zaszkodziłem, to jest sąd. Niech mnie pozwie i niech udowodni, że Antończyk go szarpnął, represjonował, czy coś. Jeżeli w SB byli ludzie, którzy łamali prawo, powinni za to odpowiedzieć przed sądem, tak jak zabójcy ks. Popiełuszki.

- Ja tam nie chciałam, żeby szedł do SB, ale dawali mieszkania – wtrąca żona. – Przyjechali i namówili.

- Ja tam nie żałuję, jeśli już, to chyba tego, że urodziłem się w PRL-u – Antończyk jest urażony. – Takie były czasy. Pracowałem dla kraju, a że ustrój był niedemokratyczny, to przecież nie ja go ustanawiałem. Naprawdę to demokrację Polska dostała od Kiszczaka i Jaruzelskiego na talerzyku podaną, na Okrągłym Stole.

Ppłk Antończyk wybrał się niedawno obejrzeć wystawę IPN prezentowaną w urzędzie wojewódzkim, na której wisi także jego fotografia i krótki opis kariery w SB.

- Przypomniały mi się moje młode, piękne lata. Zobaczyłem nas wszystkich w kupie – mówi.

Całkiem niedaleko Antończyka mieszka Janusz Smaczny, białostocki opozycjonista. – Nie uwierzę w zacność żadnego esbeka – mówi Smaczny, który w PRL stracił zdrowie, a Rzeczpospolita wypłaca mu 700 złotych renty.

Autor artykułu: Urszula Dąbrowska

Nikt nie jest rozrzutny

January 11th, 2007


Fani Jagiellonii Białystok martwią się, że w Jadze jak dotąd więcej jest ubytków niż wzmocnień. Na szczęście Białegostoku prawdopodobnie nie opuszczą Dariusz Łatka i Robert Speichler, bo ich sytuacja nie jest jeszcze do końca wyjaśniona.
Spektakularnych transferów nie ma też w Zawiszy Bydgoszcz. Trener Bogusław Baniak nie widzi w tym niczego niepokojącego.

- W kadrze mamy prawie czterdziestu zawodników. Wielu z nich zostanie wypożyczonych do zespołów trzecioligowych, by się ogrywali. Zależy mi na pozyskaniu trójki graczy: Pawła Kaczorowskiego z Wisły Kraków, Pawła Drumlaka z Cracovii i Mariusza Smolińskiego z Legii Warszawa. Jeśli to się nie uda, to mamy też kilku ciekawych zawodników o mniej znanych nazwiskach, ale bardzo zdolnych. Nie ma sensu dokonywać wielkich rewolucji w kadrze. Z tych, którzy odchodzą, żal mi Tomasza Feliksiaka. Ale on chciał być bliżej rodzinnych stron i podpisał kontrakt z Odrą Opole – mówi Baniak.

Vuk chce zostać

Dużo mówi się ostatnio o zakusach Jagi na najlepszego strzelca bydgoskiej drużyny – Vuka Sotirovica. Wczoraj nie doszło do rozmów napastnika z działaczami Zawiszy, bo zawodnik rozchorował się. Wiadomo jednak, że Serb deklaruje chęć pozostania w dotychczasowym zespole, ale jeśli myśli o transferze, to do któregoś z bałkańskich pierwszoligowców.

Wielkich zakupów nie dokonuje też Ruch Chorzów.

- Po pierwsze, nasza kadra nie jest ani taka mała, ani taka słaba, a zresztą – mamy pewne ograniczenia budżetowe i nie możemy szastać pieniędzmi. Po drugie, pewne rozmowy wciąż trwają i nie powiedzieliśmy ostatniego słowa – zapowiada szkoleniowiec “Niebieskich” Marek Wleciałowski.

Ze znanych graczy chorzowską ekipę opuścił tylko Wojciech Myszor, ale w jego miejsce pozyskano Krzysztofa Nykiela z Radomiaka Radom.

Odra w natarciu

W gronie drużyn, które będą wiosną bronić się przed bezpośrednim spadkiem lub barażami, najgorzej wygląda sytuacja łomżyńskiego beniaminka, który nie pozyskał nikogo, za to stracił trzon drużyny.

Niewielkim pocieszeniem dla fanów ŁKS może być to, że jak dotąd więcej ubytków jest też w Miedzi Legnica, Unii Janikowo czy Stali Stalowa Wola. Wyjątkiem w tym gronie jest Odra Opole. Doskonale znany w Białymstoku, nowy trener Witold Mroziewski pozyskał kilku wartościowych zawodników.

- Cieszę się, że udało mi się ściągnąć do Odry dobrych piłkarzy, ale teraz trzeba jeszcze to wszystko poukładać. Pamiętajmy przy tym, że samo sprowadzenie zawodnika o znanym nazwisku nie jest wielkim sukcesem, bo jeszcze musi się on wkomponować w drużynę – uważa Mroziewski.

Autor artykułu: Wojciech Konończuk

Podwyżka goni podwyżkę

January 11th, 2007


Już od najbliższego poniedziałku, znowu, będziemy więcej płacić za pieczywo – nawet o kilkanaście procent. Podwyżki zapowiadają największe piekarnie i sklepy. A odczują je najbardziej zwolennicy chleba razowego.

Od stycznia zaczęły rosnąć ceny mąki, głównie żytniej. W Podlaskich Zakładach Zbożowych w Białymstoku mąka pszenna podrożała o 5 procent, a żytnia aż o 10 procent.

Jak ocenia Zofia Fiedorczyk, wiceprezes PZZ-ów, należy spodziewać się dalszego wzrostu cen mąk. Pszenica bowiem jest coraz droższa, a żyta odpowiedniej jakości w ogóle nie ma na rynku.

Będzie jeszcze drożej

W tej sytuacji piekarze zapowiadają systematyczny wzrost cen pieczywa. W białostockim PSS “Społem” już od poniedziałku będzie ono droższe – średnio o 3 procent. Jednak już na początek lutego została zaplanowana kolejna podwyżka – nie wiadomo jeszcze, jakiego rzędu.

Również białostocka piekarnia Okruszek zapowiada podwyżki od najbliższego poniedziałku – w zależności od rodzaju pieczywa – od 4 do 15 procent.

- Najbardziej zdrożeją chleby razowe – mówi Anatol Mironowicz, właściciel Okruszka. – Najmniej pieczywo słodkie.

Jak podkreśla, podwyżki są spowodowane przede wszystkim wzrostem cen mąki. Ale nie tylko. Musi też podnieść wynagrodzenia pracownikom. W ostatnim czasie ma dużą rotację wśród personelu, niektórzy odchodzą do innych zawodów, inni wyjeżdżają za granicę.

- Według statystyk, jedna osoba zjada miesięcznie około sześciu kilogramów pieczywa – mówi Anatol Mironowicz. – Po podwyżce wyda na nie ponad 3 zł więcej. Dla budżetów domowych nie będzie to znaczne obciążenie, a my będziemy mogli dać podwyżki pracownikom.

Tańsza wieprzowina

Zaczynają natomiast spadać ceny mięsa wieprzowego. Od co najmniej dwóch miesięcy mamy do czynienia z tzw. świńską górką – czyli nadprodukcją trzody chlewnej. Rolnicy otrzymują bardzo niskie stawki za żywiec. A więc ceny obniżają również przetwórcy i handlowcy.

Mięso i wędliny z Przemysłu Mięsnego Białystok są już tańsze o około 15 procent. Niższe ceny wieprzowiny można zauważyć również na półkach sklepowych. Jak mówi Walenty Śliżewski, kierownik ds. handlu białostockiego PSS “Społem”, w sklepach należących do sieci pierwsze obniżki można było zauważyć na przełomie listopada i grudnia.

Od czwartku ceny takich produktów, jak: łopatka, szynka, boczek, schab, spadły o 8-20 procent. W mniejszym stopniu zmieniły się natomiast ceny wędlin.

Autor artykułu: (koci)